It’s on my list

It’s on my list

Wszystko przenosi się do internetu, spotykamy się już tylko online. Nawet moje copiątkowe rozmówki angielskie odbywają się teraz przez kamerkę – czego szczerze nie cierpię! Ale na chwilę obecną to jedyna opcja na te zajęcia. Więc przyłączam się i próbuję… Choć to nie to samo, mamy przynajmniej namiastkę normalności. W ostatni piątek rozmawialiśmy między innymi o wegetarianizmie. Każde z nas odpowiadało na pytanie jaki ma stosunek do tego rodzaju diety. Byłem piąty w kolejce, miałem chwilę na przemyślenie odpowiedzi. Gdy do mnie doszło, bez wahania odpowiedziałem: „it’s on my list”.

Wdrożenie diety wegetariańskiej wymaga przygotowania, ale gdy przyjdzie już ten właściwy moment – spróbuję. Być może potrwa to tylko kilka tygodni, może krócej, ale wierzę, że ten rodzaj diety może stać się kolejnym z filarów fajnego życia. Poza tym, to może być ciekawe doświadczenie i kolejny etap na drodze do lepszego poznania samego siebie.

A Ty? Co o tym myślisz? O diecie wegetariańskiej?

Nie ma sportu!

Nie ma sportu!

Ale się porobiło… Mamy Dzień Sportu… tylko, że bez sportu. Pozwalają nam wychodzić właściwie tylko po zakupy i na krótki spacer – najlepiej do końca ulicy i z powrotem. Oczywiście tylko samemu. Nie można grać w piłkę, jeździć na rolkach, hulajnodze, czy rowerze. Nie ma siłowni, basenu ani parku do pobiegania. Mamy siedzieć w domu i oglądać stare mecze w telewizji. Najlepiej jeszcze z miską popcornu. Super! Do chrzanu z takim Dniem Sportu!

Choć z drugiej strony… być może dla wielu to właśnie dzisiaj jest jeden z ważniejszych dni tego roku? Idealny moment, aby zastanowić się, ile ostatnio jest sportu w moim życiu? Jak o siebie dbam, czy ruszam się odpowiednio dużo – pomimo tego całego siedzenia w domu. Czy ostatnie dni sprawiły, że jestem w lepszej formie niż zwykle? Czy wręcz przeciwnie? Czy moja waga codziennie rano uśmiecha się do mnie, czy krzyczy z rozpaczy? Przecież gdy przyjedzie mi stoczyć walkę z tym cholernym wirusem – a podobno większość z nas w końcu na niego trafi – czy będę gotowy? Trochę jak w szkole: każde ćwiczenie to jeden mały punkcik dla zdrowia. A na końcu okaże się ile ich uzbierałem i na jak długo to wystarczy.

Jasne – przy tych wszystkich ograniczeniach jakie teraz mamy – nie jest to proste. Nie trudno się wygłupić. Widziałem na Twitterze wariatów, którzy biegają w kółko na podwórku, innych, którzy pod pozorem wyjścia z psem, starają się przebiec choć kilkaset metrów po mieście… Są i tacy, co robią pompki z dzieckiem na plecach. Albo psem. Albo krzesłem. No wariaci, nie!? Ale dzisiaj i ja chcę zostać takim świrem...

Sobota

Sobota

Ale mi się mylą ostatnio dni! Wtorek, środa, czy sobota – każdy wygląda tak samo, momentami ciężko je odróżnić. Już chyba tylko copiątkowy mail od Miłosza i sobotnia wiadomość od Dominika przypominają mi, że kolejny tydzień się kończy. W tej kalendarzowej monotonii coraz bardziej znaczącą rolę odgrywają za to pory dnia. Przestało się liczyć czy dzisiaj wtorek, ważne za to stała się dana godzina. Innego znaczenia nabrał mój poranny rytuał, południowa przerwa, czy czas wspólnej kolacji. Nie dążę już do „perfect week”, skupiam się za to na „perfect day”. Wcześniej cykl dnia uzależniony był od tego czy pracujemy, robimy zakupy, czy są lekce tańca dzieciaków czy angielski. To właśnie wyjścia z domu tworzyły nasz rytm – plan każdego domownika miał wpływ na wszystkich innych. Ale… przecież przestaliśmy wychodzić. Zakupy robimy najrzadziej jak tylko się da, nie ma szkoły, wyjścia do pracy się skończyły – bo i praca się zmieniła. 

Zmienił się punkt zaczepienia. Ale nie oznacza to, że jest gorzej, źle, po prostu trzeba się przestawić. Spokoju nie zapewnia już sobota, tylko fakt, że jest rano, a ja siedzę i piszę tu do Ciebie. Do jutra!

Mikołajek

Mikołajek

Jedna z moich córek stwierdziła niedawno, że jako mały chłopiec musiałem być dokładnie taki jak Mikołajek. Znacie Mikołajka? To bohater jednej z najfajniej napisanych serii książek dla dzieci autorstwa Rene Goscinnego. I pomimo faktu, że pierwsza, jednocześnie najlepsza, część jego przygód, jest już stara jak świat (starsza od moich rodziców), a cała akcja rozgrywa się w dawnej Francji (o czym autor co chwilę przypomina ciężkimi do przeczytania imionami, nazwiskami i nazwami miejsc), to czytając ją moim córkom, sam świetnie się bawiłem i jak dziecko przeżywałem każdą kolejną przygodę tego małego nicponia i jego przyjaciół – równie niesfornych łobuzów: Alcesta (co jest bardzo gruby i ciągle je), Kleofasa (najgorszego w klasie), Ananiasza (pierwszego w klasie, pieszczoszka pani), Godfryda, Rufusa czy Maksencjusza.

Cieszę się, że moje dziewczyny tak lubią tę książkę – sam dla siebie w życiu bym po nią nie sięgnął, a tak mogę co jakiś czas powracać myślami do czasów szkoły! A to właśnie mi ona przypomina – dzieciństwo i lata, gdy sam mogłem być takim małym łobuzem 🙂

Mikołajek to wyjątkowa pod wieloma względami seria opowiadań, ja najbardziej ją lubię za niespotykany styl… zupełnie, jakby każde ze zdań zostało napisane przez jej kilkuletniego bohatera. Serio! Długie, dziecięce zdania, przypominanie ciągle tych samych rzeczy – czytanie tej książki jest bardzo podobne do słuchania historii opowiadanej przez małe dziecko. Z resztą sami przeczytajcie kawałek:

Alcest powiedział:

– Chodź ze mną, to ci coś pokażę, zabawimy się. Nie wiem, czy już o tym mówiłem, że Alcest to ten kolega, co jest bardzo gruby i ciągle je. Ale teraz nie jadł, rękę trzymał w kieszeni i kiedyśmy szli ulicą, oglądał się, jak gdyby chciał sprawdzić, czy nikt za nami nie idzie.

Wreszcie, kiedy minęliśmy róg, Alcest wyjął z kieszeni grube cygaro.

– Co będziemy robić z tym cygarem? – zapytałem.

– Jak to: co?! – odpowiedział Alcest. – Zapalimy je, do licha!

Nie byłem zupełnie pewny, czy to jest dobry pomysł, palenie cygara, a poza tym miałem wrażenie, że to nie podobałoby się mamie i tacie, ale Alcest zapytał mnie, czy tata i mama zabronili mi palić. Zastanowiłem się, no i musiałem przyznać, że tata i mama zabronili mi tylko rysować na ścianach mego pokoju, trzaskać drzwiami, dłubać w nosie, mówić brzydkie słowa, ale palić cygara – nie, tego tata i mama nigdy mi nie zabraniali.

– No, widzisz – powiedział Alcest. – W każdym razie, żeby nie było z tym jakichś historii, schowamy się gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie popalić.

Alcest stuknął się w czoło.

– Masz ogień? – zapytał. – Jak będziemy palić to cygaro?

Zaproponowałem, żeby poprosić o ogień jakiegoś pana na ulicy. Ale Alcest powiedział, że ja upadłem na głowę i że żaden pan nie da nam ognia, bo jesteśmy za mali.

– To może kupimy zapałki w sklepie tytoniowym? – zaproponowałem.

Weszliśmy do sklepu tytoniowego i pani sprzedawczyni zapytała nas:

– Czego sobie życzycie, moje zajączki?

– Zapałek – powiedziałem.

A Ty? Co ostatnio czytałeś swojemu dziecku? Miłego dnia! 🙂

Poranne wyzwania

Poranne wyzwania

Wstaję rano i zadaję pytanie sam sobie: czy dzisiaj dasz radę?

Nie chodzi o konkretną rzecz, ale… tak ogólnie. Czy będę dawał radę tego dnia. Ta sytuacja powtarza się każdego ranka. A odpowiedzią jest kilka pierwszych czynności, które wykonam. Na przykład zaplanowane ćwiczenia, albo poranny wpis na blogu, czy chociaż założenie pasa ortopedycznego, na którego noszenie zdecydowałem się, aby poprawić swoją postawę. Jeżeli dam radę zrobić tych kilka prostych czynności na początku, wtedy kolejne wyzwania dnia, nie są już problemem.

Schronienie

Schronienie

Witajcie drodzy! Zaczynamy kolejny tydzień walki o życie. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że kiedyś napiszę takie zdanie. Nie myślałem, że przyjdzie nam kiedykolwiek walczyć o tak podstawową rzecz, jaką jest życie. Nie mogłem nawet przypuszczać, że najlepszym schronieniem przed wrogiem stanie się mój własny dom. Tym bardziej cieszę się, że go mam. I jestem szczęśliwy, że udało mi się stworzyć tu warunki, w których jestem w stanie przetrwać. Choć cena jest wysoka – brak kontaktu z drugim człowiekiem.

Ale! Początek tygodnia to kolejna wspaniała okazja, aby sprawić, by życie było trochę bardziej fajne. Droga do tego wiedzie przez zmiany – nawet te drobne.

Nie narzekacie ostatnio na brak ruchu? Ja trochę tak, a nawet bardzo TAK, co potwierdziło moje poranne spotkanie z wagą. W związku z tym trzeba działać. Aktywności poza domem staram się ograniczać do minimum, więc rolki, rower czy hulajnoga odpadają. Mogę jednak ruszać się więcej nie wychodząc! Nie potrzebuję do tego specjalnego sprzętu, stworzyłem sobie za to prosty plan „treningowy” (chyba to za duże słowo), zapewniający więcej ruchu: sześć razy dziesięć pompek, sześć razy dziesięć brzuszków, cztery razy dziesięć przysiadów i dwa razy dziesięć pajacyków. Ot, taki prosty plan, daje mi razem 18 sesji ćwiczeń, i zakładając, że co godzinę będę wykonywał dwa z nich, wystarczy mi tego na cały dzień. Teraz trzeba tylko dawać radę 😉 Aby przypilnować samego siebie postanowiłem używać aplikacji do śledzenia nawyków – Streaks.

A Ty? Chcesz mieć fajne życie?No jasne!
+ +

A Ty masz swoje fajne życie?
Zapisz się, aby otrzymywać mój newletter
i poszukajmy go wspólnie.

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.

A Ty masz swoje fajne życie?
Zapisz się, aby otrzymywać mój newletter
i poszukajmy go wspólnie.

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.