Czy używanie e-papierosów ma sens?

Czy używanie e-papierosów ma sens?

Nigdy nie byłem zwolennikiem papierosów elektronicznych. Szczególnie, stosowanych jako bezpieczniejsza wersja tych tradycyjnych. Wychodzę z założenia, że nie ma znaczenia jak silną truciznę stosujesz – ważne, że jest to trucizna. Bez wątpienia jednak, e-papierosy są znacznie wygodniejsze: mniej śmierdzą od tradycyjnych, są też od nich tańsze i można je palić w (nie wszystkich, ale jednak) miejscach publicznych.

Gdy jeszcze paliłem, próbowałem przez jakiś czas odzwyczaić się od nałogu stosując papierosy elektroniczne. Niestety ze słabym efektem. Z każdym pociągnięciem mruczałem pod nosem: zamienił stryjek siekierkę na kijek… Bo tak właśnie się czułem. Zamieniałem jeden beznadziejny nałóg na drugi, a do tego taki, który dawał o wiele mniejsze doznania (tradycyjny dym z palącego się papierosa znacznie skuteczniej otumania). A i niewiele pomagał z walce z nałogiem – bo i sam nim był. Trochę jak przestawienie się z Coca Coli na Sprite’a.

Nie jestem więc zbyt przychylny stosowaniu e-papierosów. Nie uważam ich za bezpieczniejszą wersję tych regularnych, nie uważam również, że pomagają w rzuceniu palenia. Z pewnością, podobnie jak zwykłe papierosy – są szkodliwe a ich stosowanie jest równie dużym problemem co tych tradycyjnych. Należę jednak do pokolenia, które w czasach młodości nie znało papierosów elektronicznych. Dla mnie był to środek, który miał (w czystej teorii) pomóc w rzuceniu palenia, ewentualnie go zastąpić. Nie sięgałem po nie, aby palić – miały być pomocą a nie używką samą w sobie. Jednak, jeżeli weźmiemy pod uwagę dzisiejszą młodzież, która sięga po papierosy elektroniczne patrząc na nie tak samo jak młodzież z mojego okresu patrzyła na zwykłe papierosy, mamy do czynienia z zupełnie innym problemem. Coś, co dla “mojego pokolenia” miało być środkiem do pozbycia się jednej mody, stało się dla pokolenia dzisiejszej młodzieży modą samą w sobie.

Niestety okazuje się, że coraz częściej pojawiają się doniesienia o związku między stosowaniem przez młodzież papierosów elektronicznych, a rozpoczynaniu później przez nich palenia tradycyjnych papierosów. Przeczytałem ostatnio w serwisie jakrzucicpalenie.pl:

Cztery badania przeprowadzone w UK wykazały, że istnieje większe prawdopodobieństwo palenia papierosów przez młodzież, która używała e-papierosów. W 2015 r przebadano ponad 2000 osób pomiędzy 11 a 18 rokiem życia. W badanej grupie ponad 91% nie próbowało stosowania e-papierosów. Badanie powtórzono po roku. W grupie młodzieży niestosującej e-papierosów, tylko niecałe 13% (250 osób) zaczęło palić tradycyjne papierosy, a wśród młodych ludzi, którzy wcześniej stosowali e-papierosy ponad 40% (73 osoby) rozpoczęło palenie.
To kolejny przykład badań, których wyniki wskazują, że młodzi, nigdy nie palący częściej podejmą próbę palenia papierosów, jeśli spróbują e-papierosa.
— Pełny tekst na jakrzucicpalenie.pl/2018/12/27/czy-uzywanie-e-papierosow-sprzyja-rozpoczynaniu-palenia/

Wygląda na to, że e-papierosy, które początkowo miały przede wszystkim pomagać, same stały się źródłem początkowego problemu.

A jaki jest Twój stosunek do e-papierosów?

Powietrze, które zabija…

Powietrze, które zabija…

Zanieczyszczenie powietrza to bardzo poważny problem, szczególnie w naszym kraju. Coraz częściej na ulicach dużych polskich miast, można spotkać ludzi w maskach – w założeniu mają one pomóc w niewdychaniu szkodliwych substancji z powietrza. Jednak czy naprawdę są skuteczne? Przeprowadzone w Pekinie, w 2008, a następnie powtórzone w 2012 roku, badania pokazują, że tak. Okazuje się, że osoby, które podczas testów regularnie nosiły maskę przeciwsmogową, miały znacząco niższe ciśnienie krwi oraz zwiększoną zmienność rytmu zatokowego – parametry obniżające ryzyko zdarzeń sercowo-naczyniowych (np. zawału serca czy udaru mózgu) – w stosunku do tych, które nie zakładały masek.

Ale czy zanieczyszczone powietrze to problem tylko dla układu krwionośnego? Okazuje się, że nie.

(…) W roku 2018, naukowcy (…) przebadali dzieci oraz młodzież z Południowej Kalifornii, w tym z zanieczyszczonego Los Angeles. Interesowało ich, czy skład powietrza może być powiązany z tak zwanymi zachowaniami przestępczymi młodzieży (definiowanymi i ocenianymi na podstawie Child Behavior Checklist).

Dlaczego właśnie te nieprawidłowe zachowania interesowały autorów badań? Ponieważ wcześniejsze analizy wykazały, że rejonem mózgu, w którym zanieczyszczenia wywołują najwięcej zmian patologicznych, jest kora przedczołowa, która nie tylko współodpowiada za funkcjonowanie pamięci roboczej, ale także pozwala planować działania, hamować gwałtowne reakcje emocjonalne czy przewidywać konsekwencje działań. Z tego też powodu, osoby o uszkodzonej korze przedczołowej mogą zachowywać się impulsywnie i w sposób nieakceptowany społecznie. Innymi słowy, nastolatki, u których występują nieprawidłowości w obrębie omawianej struktury mogą wykazywać wzorcowe oznaki demoralizacji.

Idąc tym tropem, badacze z Południowej Kalifornii przeanalizowali przypadki ponad 680 dzieci w wieku od 9 do 18 lat. Uczestnicy byli badani pod kątem zachowań przestępczych co 2-3 lata, a równolegle analizowano narażenie dzieci na obecność PM2,5, czyli pyłu zawieszonego w powietrzu, o średnicy nie większej niż 2,5 μm (najbardziej szkodliwa grupa aerozoli atmosferycznych). Wykazano, że zarówno wielkość pierwotnego narażenia na PM2,5 (przed wkroczeniem w wiek nastoletni), jak i kumulatywne narażenie na te pyły były istotnie powiązane z obecnością zachowań przestępczych u młodzieży. Innymi słowy, dzieci z rejonów bardziej zanieczyszczonych wykazywały więcej niepożądanych wzorców zachowania.
— Pełny tekst na www.crazynauka.pl/jak-zanieczyszczone-powietrze-niszczy-mozg/

Zanieczyszczone powietrze to problem większy, niż może się wydawać a jego skutki mogą okazać się katastrofalne. Warto wiedzieć, że Polska należy do czołowych “producentów smogu” w Europie, a z powodu stanu powietrza, każdego roku umiera w naszym kraju ponad 45 tys. ludzi. To 10 razy więcej, niż liczba zgonów w wypadkach drogowych.

Zachęcam Cię do obejrzenia bardzo ciekawego dokumentu na ten temat – “Cały ten smog”.

I gdy następnym razem uśmiechniesz się pod nosem, mijając na ulicy kogoś w masce antysmogowej – zastanów się, kto tak na prawdę wygląda głupio.

Jak znaleźć czas na czytanie?

Jak znaleźć czas na czytanie?

Chyba zgodzisz się ze mną, że w dzisiejszych czasach znalezienie wolnej chwili (na cokolwiek) nie jest łatwe, prawda? Nie inaczej jest z czytaniem książek – a przynajmniej ja tak mam. Czuję wieczny niedosyt jeżeli chodzi o czas jaki spędzam z książką. Zawsze znajdzie się masa przeszkód, powodów i problemów aby nie czytać. Niewątpliwie posiadanie czytnika (aktualnie mój ukochany Kindle Paperwhite) część z nich rozwiązało, ponieważ teraz zawsze mam wszystkie swoje książki przy sobie. Nie zmiania to jednak faktu, że i tak trzeba znaleźć chwilę na to, aby ten czytnik wyjąć i trochę poczytać. A to – jak już napisałem – nie zawsze jest proste.

Za poszukiwanie czasu na czytanie zabrał się Krzysztof Zemczak a ja przytaczam jego dwa sposoby, które najbardziej spodobały mi się w artykule. Obydwa do wdrożenia! 🙂 Oto one:

Idę do pracy około piętnastu minut piechotą. Wyrobiłem w sobie nawyk wykorzystywania tego kwadransu na czytanie – dopasowanie wielkości tekstu sprawia, że mogę wygodnie czytać duży tekst podczas szybszego spaceru. Wyrobiłem w sobie również nawyk, aby nie wpadać pod samochody, kiedy skupiam się na tekście Czuję się jakbym oglądał serial, gdzie przekraczając próg biura firmy, w której pracuję, zamykam czytnik i muszę wyczekiwać kolejnego odcinka. Ale ten kwadrans to i tak dużo. Zamiast przewijać tablicę na Facebooku, jestem piętnaście minut, kilkanaście stron do przodu w książce, którą chcę przeczytać.

(…)

Zastanawiałem się czy nie odpuścić tego akapitu. Ale w sumie – dlaczego o tym nie wspomnieć? W końcu najbardziej przyziemnym przykładem doskonałego momentu na relaks z książką jest… wizyta w toalecie. Bierzesz telefon? Pewnie, przecież kolejne warzywa czekają na zebranie na Twojej wirtualnej farmie. A może weź czytnik? Przeczytaj kilka stron. Kiedyś miałem jeden model czytnika, który przebywał wyłącznie w łazience na użytek wszystkich domowników znajdujących się “w potrzebie”.

— Więcej na www.eczytelnik.com/jak-znalezc-czas-na-czytanie/

Czytnik nie sprawdzi się podczas każdego spaceru, ale z pewnością nadaje się na znane, często pokonywane trasy. Również drugi, łazienkowy sposób jest ciekawy 🙂 Spróbuję zastosować obydwa, zobaczymy co z tego wyjdzie.

A może i Ty masz jakieś ciekawe sposoby na czytanie?

Dlaczego jedzenie na krótko przed snem to kiepski pomysł

Dlaczego jedzenie na krótko przed snem to kiepski pomysł

Pisałem już o tym jak, i dlaczego warto, zaplanować swój sen (wcześniejszy wpis – klik). Jednym z punktów było zadbanie o wieczorną dietę. W serwisie Crazy Nauka znalazłem kilka słów na jej temat i dodatkowych problemów, jakie mogą się pojawić, gdy nie będzie jej przestrzegać. Pomyślałem, że podrzucę Ci kawałek tego tekstu:

Badania pokazują, że kiedy jemy późno w nocy, funkcjonując w typowym cyklu snu i czuwania, nasz organizm jest bardziej skłonny do przechowywania tych kalorii w postaci tłuszczu, aniżeli do ich spalania. Przyczyną tego może być nasza ewolucyjna spuścizna – nasi przodkowie, jedząc późno w nocy, “przedłużali” wydajność tego posiłku na następny poranek, co było sposobem na zaoszczędzenie deficytowego towaru, jakim było jedzenie. My dziś mamy go pod dostatkiem i stąd nasze problemy.

W 2015 roku fizjolog Marta Garaulet z Universidad de Murcia w Hiszpanii zauważyła, że spożywanie lunchu po godz. 16.30 utrudnia metabolizowanie węglowodanów, a u ludzi jedzących późne posiłki zaobserwowała zmniejszoną tolerancję glukozy, co może prowadzić do rozwoju cukrzycy. Jedzenie przed snem może spowodować niestrawność, bóle żołądka i zgagę – na takie problemy skarży się, według badań TNS OBOP, dwie trzecie Polaków, a aż 20 proc. odczuwa je kilka razy w miesiącu.

Objadanie się na noc może też pogłębić dolegliwości związane z refluksem – cofaniem się treści pokarmowej z żołądka do przełyku, co wywołuje zapalenie przełyku, a nawet może prowadzić do nowotworu. W 2005 roku naukowcy przeprowadzili badania z udziałem 350 osób, a wynikało z nich, że zjedzenie posiłku w czasie krótszym niż trzy godziny przed snem może prowadzić do refluksu.
— Więcej na www.crazynauka.pl/dlaczego-jedzenie-krotko-snem-niebezpieczne/

Straszne, prawda? Następnym razem zanim zdecydujesz się na jeszcze jedną kanapeczkę przed samym snem zastanów się, czy nie lepiej poczekać z nią do rana. Zamiast tego, wypij szklankę wody. Dzięki niej nie tylko zapełnisz żołądek redukując uczucie wieczornego głodu, ale również zapobiegniesz innym dolegliwościom na jakie jesteś narażony podczas snu – na przykład wysuszaniu błon śluzowych. Wieczorna woda pomaga też w utrzymaniu odpowiedniej termoregulacji ciała podczas snu oraz wspomaga oczyszczanie organizmu z toksyn.

Jeżeli więc masz w zwyczaju opychanie się na noc – proponuję jeszcze raz przemyśleć, czy ta chwila wątpliwej przyjemności, faktycznie warta jest konsekwencji jakie ze sobą niesie.

Nic mi nie będzie, palę tylko na imprezach

Nic mi nie będzie, palę tylko na imprezach

O szkodliwości papierosów nie muszę chyba nikomu z Was przypominać. Ale czy wiedzieliście, że w połączeniu z alkoholem mogą wyrządzić jeszcze większe szkody? Okazuje się, że alkohol sprzyja wnikaniu szkodliwych substancji z papierosa do organizmu…

Kilka słów na ten temat z krótkiego sylwestrowego wpisu w serwisie jakrzucicpalenie.pl:

Niestety, jak pokazują badania naukowe jednoczesne palenie papierosów i picie alkoholu znacząco zwiększa ryzyko wystąpienia szeregu nowotworów, nie tylko raka płuca. Alkohol ułatwia wnikanie rakotwórczych substancji z papierosa do organizmu, w szczególności w obrębie jamy ustnej oraz gardła, przyczyniając się do znacznego zwiększenia ryzyka wystąpienia nowotworów głowy i szyi. Szacuje się, że zaprzestanie palenia papierosów oraz picia alkoholu redukuje to ryzyko nawet o ponad 80%!
jakrzucicpalenie.pl/2018/12/31/bawic-sie-bez-papierosa/

Popularne określenie: “palę tylko na imprezach”, nabiera nieco innego sensu, prawda? 🙂

Piękna i bestia, czyli jak zmieniłem ukochane Things 3 na paskudny OmniFocus

Piękna i bestia, czyli jak zmieniłem ukochane Things 3 na paskudny OmniFocus

Domyślam się, że nie jest to wpis dla każdego z Was, jednak ten temat jest dla mnie bardzo ważny i postanowiłem się nim podzielić. Piękna i bestia – to określenie chyba najlepiej chyba najlepiej oddaje moje uczucia względem moich dwóch ulubionych aplikacji do zarządzania zadaniami – Things i OmniFocus. Ostatnio dokonałem małej (a właściwie dość dużej) zamianki i przestałem używać tej pięknej na “korzyść” bestii.

Ale po kolei.

Przełom roku to dla mnie zawsze czas podsumowań i wyciągania wniosków. Wiele z nich dotyczy systemu pracy, narzędzi z których korzystam, jak i projektów, w które chcę się zaangażować. Kilka z tych rzeczy opisałem niedawno na blogu (tutaj – klik). Na listę tematów do przemyślenia trafiła w tym roku również aplikacja Things 3, która dość długo już wspomagała mnie w ogarniania życia. Chyba warto w tym miejscu wspomnieć, że aplikacja do zarządzania zadaniami to jedno z najważniejszych narzędzi jakie używam każdego dnia. A Things 3 przez długi czas sprawdzało się w roli idealnie. Nie dość, że pilnowała wszystkich nieukończonych przeze mnie zadań, to robiła to w przepięknym stylu. Ale mimo to, postanowiłem zweryfikować mój system działania w tym zakresie.

Efektem przemyśleń stała między innymi zmiana własnie tej ukochanej aplikacji na, o wiele bardziej zaawansowanego pod względem funkcjonalności, konkurenta – OmniFocus.

Co ciekawe, kiedyś już przechodziłem identyczny proces. Wiele lat temu, gdy aplikacja Things była jeszcze w wersji 1 (która później dość szybko została uaktualniona do wersji 2), tak jak dzisiaj uważałem ją za najładniejszą i najprzyjemniejszą aplikację w swojej kategorii i – podobnie jak do niedawna – używałem do codziennego zarządzania zadaniami. Jednak zawsze brakowało mi czegoś więcej – większych możliwości konfiguracji oraz kilku dodatkowych funkcjonalności. Więc po pewnym czasie używania Thingsów – dokładnie tak jak teraz – skierowałem się w stronę sporo brzydszego (niestety), ale o wiele bardziej potężnego OmniFocusa. Odstraszał mnie jednak trochę wygląd, słaby poziom dopracowania, jak i nawet sama geneza powstania aplikacji… OmniFocus powstał jako efekt uboczny aplikacji do tworzenia notatek i konspektów – OmniOutliner’a. W odróżnieniu od Thingsów, nie został zaplanowany i zbudowany jako nowa, samodzielna aplikacja, był odłamem i przeróbką – i do dnia dzisiejszego widać wiele podobieństw pomiędzy obydwiema. No i wygląd OmniFocusa… który w porównaniu z Thingsami wypadał raczej słabiutko. Aplikacja nie była tak dopracowana… Brakowało mi wielu prostych, ale tak bardzo użytecznych rozwiązań, znanych z Thingsów. Jednak… OF baz cienia wątpliwości nadrabiał innymi funkcjonalnościami. Dlatego też moja przygoda z Thingsami 1, a potem 2, nie trwała zbyt długo. Możliwości okazały się ważniejsze niż wygląd – choć długo broniłem się przed takim podejściem. Zostałem z OmniFocus.

W maju 2017 roku, po wielu latach oczekiwań, w końcu pojawiła się wersja 3 Thingsów. Przemyślana na nowo, z jeszcze lepszym wyglądem, nowymi funkcjami. Nie mogłem nie spróbować! Był to okres, w którym nie używałem już OmniFocusa – żonglowałem pomiędzy różnymi aplikacjami – sprawdziłem dość dokładnie Todoist, 2Do, Firetask i kilka innych. Chyba najbliżej ideału była polska, świetna aplikacja do zarządzania zadaniami – Nozbe, jednak i ona nie podbiła do końca mojego serca. Decyzja o powrocie do Thingsów nie była więc w tamtym momencie trudna.

Wersja 3 okazała się być na prawdę dobra – jeszcze ładniejsza, na nowo przemyślana i bardziej dopracowana niż ta, którą znałem z przed lat… Szybko zdecydowałem że idę z nią na całość! Po kilku tygodniach używania, ponownie byłem zakochany i nie myślałem aby oglądać się za siebie 🙂 Do tego średnio co dwa-trzy miesiące twórcy wprowadzali kolejne udoskonalenia, dodające coraz to nowsze funkcjonalności. Wytrzymaliśmy razem półtora roku.

Po tym czasie – dokładnie jak wcześniej – zaczęły mi doskwierać pewne braki Thingsów. W porównaniu do OmniFocusa (który również w niedługim czasie doczekał się swojej nowej wersji 3), pod względem funkcjonalności wypadały średnio. Moje rozterki doskonale oddaje tweet jaki wypuściłem w połowie 2018 roku:

Po jego publikacji korespondowałem nawet przez jakiś czas z twórcami Thingsów, którzy chcieli dowiedzieć się czego brakuje mi w ich aplikacji. Rozważania z tamtego okresu doprowadziły mnie do przekonania, że przyjemność używania aplikacji znacznie przewyższa korzyści płynące z większej liczby funkcjonalności. Myślałem, że uda mi się dostosować filozofię działania Thingsów do moich wymagań. A właściwie to wpasować moje wymagania w filozofię aplikacji.

Aby potwierdzić takie rozumowanie, postanowiłem przenieść się z zadaniami na jakiś czas do OmniFocus (Ha! 😉) Musiałem sprawdzić, czy może nie jestem w stanie pracować w nieco mniej “atrakcyjnych warunkach”, ale w sporo potężniejszym środowisku. A ponieważ z tyłu głowy wiedziałem, że jest to jedynie test, na końcu którego i tak wrócę do Thingsówo, więc po kilku dniach zrobiłem spektakularny odwrót – jak syn marnotrawny powróciłem do “domu” z ogromnym bałaganem w zadaniach. Moja próba może nie była zbyt mądra, ale miała mi dać kopa do tego aby chciało mi się jeszcze więcej wycisnąć z moich Thingsów. Miała na celu utwierdzenie mnie w przekonaniu, że wygląd i przyjemność działania zrekompensują mi brak dodatkowych funkcji. Ten test przypomniał mi jednak o kilku niezaprzeczalnych plusach OmniFocusa. Tak na prawdę, ma on dla mnie jedną ogromną przewagę nad całą konkurencją: system do przeglądów projektów (Review), której na próżno szukać w jakiejkolwiek innej aplikacji tego typu. Dziwię się, że żadna inna aplikacja nie oferuje podobnych rozwiązań.

Przez kolejne kilka miesięcy bacznie obserwowałem swój system pracy z Thingsami. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie zrobić z tej aplikacji mój program do zarządzania całym życiem, czyli nie tylko zadaniami, ale również nawykami oraz (choć częściowo) notatkami. Powodowało to jednak spore zamieszanie na codziennej liście zadań do wykonania, która to stawała się coraz dłuższa i dłuższa, a jej filtrowanie nie należało do najwygodniejszych (szczególnie na iPhonie i iPadzie).

Zbliżał się koniec 2018 roku, więc był to dla mnie naturalny czas przemyśleń i podsumowań. W ramach nich zdecydowałem o kilku zmianach w moim systemie produktywności:

  • postanowiłem iść na całość z Evernote w ramach notatek i nie używać do tego celu żadnych innych programów (był taki moment w 2018 roku, gdy używałem jednocześnie 4 aplikacji do notatek – Agedna, do tych związanych z klientami, Evernote gdzie trzymałem pomoce do blogowania, Bear jako baza materiałów oraz Notatki Apple do wszystkich innych, w tym prywatnych)

     

  • uznałem, że jestem mocno niezadowolony z aplikacji jakich do tej pory używałem do rejestrowania wydatków (Money Pro, a następnie Money Wiz). Skierowałem się w stronę sławnego YNAB.

  • postanowiłem mocno usprawnić system przechowywania skanowanych dokumentów na komputerze (poza niezbędnymi dokumentami firmowymi, nie przechowuję żadnych papierowych dokumetów). Tutaj wybrałem do testowania Paperless 3, aplikację na Maca. Choć nie mam jeszcze pewności, czy przy niej pozostanę.

  • oraz… w końcu odejść od Thingsów, które – przez coraz większą liczbę zadań jakie miałem do wykonania – przestawały spełniać swoją podstawową rolę, jaką było pilnowanie czy wszystko zrobiłem.

W tym ostatnim przypadku zdecydowałem się przejść na stałe (i z pełną świadomością, że rezygnuję z wielu udogodnień jakimi rozpieszczały mnie Thingsy) na OmniFocus. I tak też zrobiłem – już na samym początku 2019 roku.

Proces przyzwyczajania się do nowego systemu zadań będzie jeszcze trwał długo, ale powoli zaczynam widzieć jego pozytywne efekty. OmniFocus to skomplikowana maszyna – i bardzo pomaga inspirowanie się wskazówkami innych. Podpatruję rozwiązania między innymi u Miłosza Bolechowskiego (dość stary, ale nadal świetny artykuł w Fabryce Pikseli i przez płatne wpisy Miłosza w serwisie Patreonie), Davida Sparksa (zakupiłem między innymi u Davida OmniFocus Field Guide, który pomógł mi uporządkować wiele rzeczy związanych z aplikacją) czy serwis LearnOmniFocus. Moje refleksje i postępy z używania OF umieszczam na bieżąco w cotygodniowych podsumowaniach, które publikuję na Facebookowej grupie: Fajne Życie – Fajne Grupa. Pomimo faktu, że kiedyś przez całkiem spory kawałek czasu pracowałem z OmniFocus, postanowiłem poznać ją całkiem na nowo. Wskoczyłem w rolę ucznia, który chce się jak najwięcej nauczyć. Dzięki takiemu podejściu, byłem w stanie otworzyć się na całkowitą zmianę systemu, który jeszcze kilka lat temu, podczas wcześniejszego podejścia na OF – nie sprawdził się tak jak tego oczekiwałem. Musiałem później poszukiwać innych rozwiązań – a tym razem chciałbym tego uniknąć.

Widzę, że machina-OmniFocus powoli zaczyna działać. A ja mam tylko nadzieję, że wystarczy mi sił i cierpliwości, aby w pełni ją okiełznać.

Co ciekawe, podobne odczucia mam związane z YNAB (You Need A Budget) – choć w tym przypadku mam do czynienia nie tylko z jedną z najbardziej zaawansowanych aplikacji ze swojej kategorii, ale również jedną z ładniejszych. Wybór był zatem znacznie prostszy, choć sposób działania YNAB jest totalnie inny niż poprzednio używanych przeze mnie rozwiązań. Ale to już historia na zupełnie inny wpis…

Informacje o nowych artykułach i porady
jak prowadzić fajne życie prosto na Twój e-mail

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.