Jak znaleźć czas na czytanie?

Jak znaleźć czas na czytanie?

Chyba zgodzisz się ze mną, że w dzisiejszych czasach znalezienie wolnej chwili (na cokolwiek) nie jest łatwe, prawda? Nie inaczej jest z czytaniem książek – a przynajmniej ja tak mam. Czuję wieczny niedosyt jeżeli chodzi o czas jaki spędzam z książką. Zawsze znajdzie się masa przeszkód, powodów i problemów aby nie czytać. Niewątpliwie posiadanie czytnika (aktualnie mój ukochany Kindle Paperwhite) część z nich rozwiązało, ponieważ teraz zawsze mam wszystkie swoje książki przy sobie. Nie zmiania to jednak faktu, że i tak trzeba znaleźć chwilę na to, aby ten czytnik wyjąć i trochę poczytać. A to – jak już napisałem – nie zawsze jest proste.

Za poszukiwanie czasu na czytanie zabrał się Krzysztof Zemczak a ja przytaczam jego dwa sposoby, które najbardziej spodobały mi się w artykule. Obydwa do wdrożenia! 🙂 Oto one:

Idę do pracy około piętnastu minut piechotą. Wyrobiłem w sobie nawyk wykorzystywania tego kwadransu na czytanie – dopasowanie wielkości tekstu sprawia, że mogę wygodnie czytać duży tekst podczas szybszego spaceru. Wyrobiłem w sobie również nawyk, aby nie wpadać pod samochody, kiedy skupiam się na tekście Czuję się jakbym oglądał serial, gdzie przekraczając próg biura firmy, w której pracuję, zamykam czytnik i muszę wyczekiwać kolejnego odcinka. Ale ten kwadrans to i tak dużo. Zamiast przewijać tablicę na Facebooku, jestem piętnaście minut, kilkanaście stron do przodu w książce, którą chcę przeczytać.

(…)

Zastanawiałem się czy nie odpuścić tego akapitu. Ale w sumie – dlaczego o tym nie wspomnieć? W końcu najbardziej przyziemnym przykładem doskonałego momentu na relaks z książką jest… wizyta w toalecie. Bierzesz telefon? Pewnie, przecież kolejne warzywa czekają na zebranie na Twojej wirtualnej farmie. A może weź czytnik? Przeczytaj kilka stron. Kiedyś miałem jeden model czytnika, który przebywał wyłącznie w łazience na użytek wszystkich domowników znajdujących się “w potrzebie”.

— Więcej na www.eczytelnik.com/jak-znalezc-czas-na-czytanie/

Czytnik nie sprawdzi się podczas każdego spaceru, ale z pewnością nadaje się na znane, często pokonywane trasy. Również drugi, łazienkowy sposób jest ciekawy 🙂 Spróbuję zastosować obydwa, zobaczymy co z tego wyjdzie.

A może i Ty masz jakieś ciekawe sposoby na czytanie?

Dlaczego jedzenie na krótko przed snem to kiepski pomysł

Dlaczego jedzenie na krótko przed snem to kiepski pomysł

Pisałem już o tym jak, i dlaczego warto, zaplanować swój sen (wcześniejszy wpis – klik). Jednym z punktów było zadbanie o wieczorną dietę. W serwisie Crazy Nauka znalazłem kilka słów na jej temat i dodatkowych problemów, jakie mogą się pojawić, gdy nie będzie jej przestrzegać. Pomyślałem, że podrzucę Ci kawałek tego tekstu:

Badania pokazują, że kiedy jemy późno w nocy, funkcjonując w typowym cyklu snu i czuwania, nasz organizm jest bardziej skłonny do przechowywania tych kalorii w postaci tłuszczu, aniżeli do ich spalania. Przyczyną tego może być nasza ewolucyjna spuścizna – nasi przodkowie, jedząc późno w nocy, “przedłużali” wydajność tego posiłku na następny poranek, co było sposobem na zaoszczędzenie deficytowego towaru, jakim było jedzenie. My dziś mamy go pod dostatkiem i stąd nasze problemy.

W 2015 roku fizjolog Marta Garaulet z Universidad de Murcia w Hiszpanii zauważyła, że spożywanie lunchu po godz. 16.30 utrudnia metabolizowanie węglowodanów, a u ludzi jedzących późne posiłki zaobserwowała zmniejszoną tolerancję glukozy, co może prowadzić do rozwoju cukrzycy. Jedzenie przed snem może spowodować niestrawność, bóle żołądka i zgagę – na takie problemy skarży się, według badań TNS OBOP, dwie trzecie Polaków, a aż 20 proc. odczuwa je kilka razy w miesiącu.

Objadanie się na noc może też pogłębić dolegliwości związane z refluksem – cofaniem się treści pokarmowej z żołądka do przełyku, co wywołuje zapalenie przełyku, a nawet może prowadzić do nowotworu. W 2005 roku naukowcy przeprowadzili badania z udziałem 350 osób, a wynikało z nich, że zjedzenie posiłku w czasie krótszym niż trzy godziny przed snem może prowadzić do refluksu.
— Więcej na www.crazynauka.pl/dlaczego-jedzenie-krotko-snem-niebezpieczne/

Straszne, prawda? Następnym razem zanim zdecydujesz się na jeszcze jedną kanapeczkę przed samym snem zastanów się, czy nie lepiej poczekać z nią do rana. Zamiast tego, wypij szklankę wody. Dzięki niej nie tylko zapełnisz żołądek redukując uczucie wieczornego głodu, ale również zapobiegniesz innym dolegliwościom na jakie jesteś narażony podczas snu – na przykład wysuszaniu błon śluzowych. Wieczorna woda pomaga też w utrzymaniu odpowiedniej termoregulacji ciała podczas snu oraz wspomaga oczyszczanie organizmu z toksyn.

Jeżeli więc masz w zwyczaju opychanie się na noc – proponuję jeszcze raz przemyśleć, czy ta chwila wątpliwej przyjemności, faktycznie warta jest konsekwencji jakie ze sobą niesie.

Nic mi nie będzie, palę tylko na imprezach

Nic mi nie będzie, palę tylko na imprezach

O szkodliwości papierosów nie muszę chyba nikomu z Was przypominać. Ale czy wiedzieliście, że w połączeniu z alkoholem mogą wyrządzić jeszcze większe szkody? Okazuje się, że alkohol sprzyja wnikaniu szkodliwych substancji z papierosa do organizmu…

Kilka słów na ten temat z krótkiego sylwestrowego wpisu w serwisie jakrzucicpalenie.pl:

Niestety, jak pokazują badania naukowe jednoczesne palenie papierosów i picie alkoholu znacząco zwiększa ryzyko wystąpienia szeregu nowotworów, nie tylko raka płuca. Alkohol ułatwia wnikanie rakotwórczych substancji z papierosa do organizmu, w szczególności w obrębie jamy ustnej oraz gardła, przyczyniając się do znacznego zwiększenia ryzyka wystąpienia nowotworów głowy i szyi. Szacuje się, że zaprzestanie palenia papierosów oraz picia alkoholu redukuje to ryzyko nawet o ponad 80%!
jakrzucicpalenie.pl/2018/12/31/bawic-sie-bez-papierosa/

Popularne określenie: “palę tylko na imprezach”, nabiera nieco innego sensu, prawda? 🙂

Piękna i bestia, czyli jak zmieniłem ukochane Things 3 na paskudny OmniFocus

Piękna i bestia, czyli jak zmieniłem ukochane Things 3 na paskudny OmniFocus

Domyślam się, że nie jest to wpis dla każdego z Was, jednak ten temat jest dla mnie bardzo ważny i postanowiłem się nim podzielić. Piękna i bestia – to określenie chyba najlepiej chyba najlepiej oddaje moje uczucia względem moich dwóch ulubionych aplikacji do zarządzania zadaniami – Things i OmniFocus. Ostatnio dokonałem małej (a właściwie dość dużej) zamianki i przestałem używać tej pięknej na “korzyść” bestii.

Ale po kolei.

Przełom roku to dla mnie zawsze czas podsumowań i wyciągania wniosków. Wiele z nich dotyczy systemu pracy, narzędzi z których korzystam, jak i projektów, w które chcę się zaangażować. Kilka z tych rzeczy opisałem niedawno na blogu (tutaj – klik). Na listę tematów do przemyślenia trafiła w tym roku również aplikacja Things 3, która dość długo już wspomagała mnie w ogarniania życia. Chyba warto w tym miejscu wspomnieć, że aplikacja do zarządzania zadaniami to jedno z najważniejszych narzędzi jakie używam każdego dnia. A Things 3 przez długi czas sprawdzało się w roli idealnie. Nie dość, że pilnowała wszystkich nieukończonych przeze mnie zadań, to robiła to w przepięknym stylu. Ale mimo to, postanowiłem zweryfikować mój system działania w tym zakresie.

Efektem przemyśleń stała między innymi zmiana własnie tej ukochanej aplikacji na, o wiele bardziej zaawansowanego pod względem funkcjonalności, konkurenta – OmniFocus.

Co ciekawe, kiedyś już przechodziłem identyczny proces. Wiele lat temu, gdy aplikacja Things była jeszcze w wersji 1 (która później dość szybko została uaktualniona do wersji 2), tak jak dzisiaj uważałem ją za najładniejszą i najprzyjemniejszą aplikację w swojej kategorii i – podobnie jak do niedawna – używałem do codziennego zarządzania zadaniami. Jednak zawsze brakowało mi czegoś więcej – większych możliwości konfiguracji oraz kilku dodatkowych funkcjonalności. Więc po pewnym czasie używania Thingsów – dokładnie tak jak teraz – skierowałem się w stronę sporo brzydszego (niestety), ale o wiele bardziej potężnego OmniFocusa. Odstraszał mnie jednak trochę wygląd, słaby poziom dopracowania, jak i nawet sama geneza powstania aplikacji… OmniFocus powstał jako efekt uboczny aplikacji do tworzenia notatek i konspektów – OmniOutliner’a. W odróżnieniu od Thingsów, nie został zaplanowany i zbudowany jako nowa, samodzielna aplikacja, był odłamem i przeróbką – i do dnia dzisiejszego widać wiele podobieństw pomiędzy obydwiema. No i wygląd OmniFocusa… który w porównaniu z Thingsami wypadał raczej słabiutko. Aplikacja nie była tak dopracowana… Brakowało mi wielu prostych, ale tak bardzo użytecznych rozwiązań, znanych z Thingsów. Jednak… OF baz cienia wątpliwości nadrabiał innymi funkcjonalnościami. Dlatego też moja przygoda z Thingsami 1, a potem 2, nie trwała zbyt długo. Możliwości okazały się ważniejsze niż wygląd – choć długo broniłem się przed takim podejściem. Zostałem z OmniFocus.

W maju 2017 roku, po wielu latach oczekiwań, w końcu pojawiła się wersja 3 Thingsów. Przemyślana na nowo, z jeszcze lepszym wyglądem, nowymi funkcjami. Nie mogłem nie spróbować! Był to okres, w którym nie używałem już OmniFocusa – żonglowałem pomiędzy różnymi aplikacjami – sprawdziłem dość dokładnie Todoist, 2Do, Firetask i kilka innych. Chyba najbliżej ideału była polska, świetna aplikacja do zarządzania zadaniami – Nozbe, jednak i ona nie podbiła do końca mojego serca. Decyzja o powrocie do Thingsów nie była więc w tamtym momencie trudna.

Wersja 3 okazała się być na prawdę dobra – jeszcze ładniejsza, na nowo przemyślana i bardziej dopracowana niż ta, którą znałem z przed lat… Szybko zdecydowałem że idę z nią na całość! Po kilku tygodniach używania, ponownie byłem zakochany i nie myślałem aby oglądać się za siebie 🙂 Do tego średnio co dwa-trzy miesiące twórcy wprowadzali kolejne udoskonalenia, dodające coraz to nowsze funkcjonalności. Wytrzymaliśmy razem półtora roku.

Po tym czasie – dokładnie jak wcześniej – zaczęły mi doskwierać pewne braki Thingsów. W porównaniu do OmniFocusa (który również w niedługim czasie doczekał się swojej nowej wersji 3), pod względem funkcjonalności wypadały średnio. Moje rozterki doskonale oddaje tweet jaki wypuściłem w połowie 2018 roku:

Po jego publikacji korespondowałem nawet przez jakiś czas z twórcami Thingsów, którzy chcieli dowiedzieć się czego brakuje mi w ich aplikacji. Rozważania z tamtego okresu doprowadziły mnie do przekonania, że przyjemność używania aplikacji znacznie przewyższa korzyści płynące z większej liczby funkcjonalności. Myślałem, że uda mi się dostosować filozofię działania Thingsów do moich wymagań. A właściwie to wpasować moje wymagania w filozofię aplikacji.

Aby potwierdzić takie rozumowanie, postanowiłem przenieść się z zadaniami na jakiś czas do OmniFocus (Ha! 😉) Musiałem sprawdzić, czy może nie jestem w stanie pracować w nieco mniej “atrakcyjnych warunkach”, ale w sporo potężniejszym środowisku. A ponieważ z tyłu głowy wiedziałem, że jest to jedynie test, na końcu którego i tak wrócę do Thingsówo, więc po kilku dniach zrobiłem spektakularny odwrót – jak syn marnotrawny powróciłem do “domu” z ogromnym bałaganem w zadaniach. Moja próba może nie była zbyt mądra, ale miała mi dać kopa do tego aby chciało mi się jeszcze więcej wycisnąć z moich Thingsów. Miała na celu utwierdzenie mnie w przekonaniu, że wygląd i przyjemność działania zrekompensują mi brak dodatkowych funkcji. Ten test przypomniał mi jednak o kilku niezaprzeczalnych plusach OmniFocusa. Tak na prawdę, ma on dla mnie jedną ogromną przewagę nad całą konkurencją: system do przeglądów projektów (Review), której na próżno szukać w jakiejkolwiek innej aplikacji tego typu. Dziwię się, że żadna inna aplikacja nie oferuje podobnych rozwiązań.

Przez kolejne kilka miesięcy bacznie obserwowałem swój system pracy z Thingsami. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie zrobić z tej aplikacji mój program do zarządzania całym życiem, czyli nie tylko zadaniami, ale również nawykami oraz (choć częściowo) notatkami. Powodowało to jednak spore zamieszanie na codziennej liście zadań do wykonania, która to stawała się coraz dłuższa i dłuższa, a jej filtrowanie nie należało do najwygodniejszych (szczególnie na iPhonie i iPadzie).

Zbliżał się koniec 2018 roku, więc był to dla mnie naturalny czas przemyśleń i podsumowań. W ramach nich zdecydowałem o kilku zmianach w moim systemie produktywności:

  • postanowiłem iść na całość z Evernote w ramach notatek i nie używać do tego celu żadnych innych programów (był taki moment w 2018 roku, gdy używałem jednocześnie 4 aplikacji do notatek – Agedna, do tych związanych z klientami, Evernote gdzie trzymałem pomoce do blogowania, Bear jako baza materiałów oraz Notatki Apple do wszystkich innych, w tym prywatnych)

     

  • uznałem, że jestem mocno niezadowolony z aplikacji jakich do tej pory używałem do rejestrowania wydatków (Money Pro, a następnie Money Wiz). Skierowałem się w stronę sławnego YNAB.

  • postanowiłem mocno usprawnić system przechowywania skanowanych dokumentów na komputerze (poza niezbędnymi dokumentami firmowymi, nie przechowuję żadnych papierowych dokumetów). Tutaj wybrałem do testowania Paperless 3, aplikację na Maca. Choć nie mam jeszcze pewności, czy przy niej pozostanę.

  • oraz… w końcu odejść od Thingsów, które – przez coraz większą liczbę zadań jakie miałem do wykonania – przestawały spełniać swoją podstawową rolę, jaką było pilnowanie czy wszystko zrobiłem.

W tym ostatnim przypadku zdecydowałem się przejść na stałe (i z pełną świadomością, że rezygnuję z wielu udogodnień jakimi rozpieszczały mnie Thingsy) na OmniFocus. I tak też zrobiłem – już na samym początku 2019 roku.

Proces przyzwyczajania się do nowego systemu zadań będzie jeszcze trwał długo, ale powoli zaczynam widzieć jego pozytywne efekty. OmniFocus to skomplikowana maszyna – i bardzo pomaga inspirowanie się wskazówkami innych. Podpatruję rozwiązania między innymi u Miłosza Bolechowskiego (dość stary, ale nadal świetny artykuł w Fabryce Pikseli i przez płatne wpisy Miłosza w serwisie Patreonie), Davida Sparksa (zakupiłem między innymi u Davida OmniFocus Field Guide, który pomógł mi uporządkować wiele rzeczy związanych z aplikacją) czy serwis LearnOmniFocus. Moje refleksje i postępy z używania OF umieszczam na bieżąco w cotygodniowych podsumowaniach, które publikuję na Facebookowej grupie: Fajne Życie – Fajne Grupa. Pomimo faktu, że kiedyś przez całkiem spory kawałek czasu pracowałem z OmniFocus, postanowiłem poznać ją całkiem na nowo. Wskoczyłem w rolę ucznia, który chce się jak najwięcej nauczyć. Dzięki takiemu podejściu, byłem w stanie otworzyć się na całkowitą zmianę systemu, który jeszcze kilka lat temu, podczas wcześniejszego podejścia na OF – nie sprawdził się tak jak tego oczekiwałem. Musiałem później poszukiwać innych rozwiązań – a tym razem chciałbym tego uniknąć.

Widzę, że machina-OmniFocus powoli zaczyna działać. A ja mam tylko nadzieję, że wystarczy mi sił i cierpliwości, aby w pełni ją okiełznać.

Co ciekawe, podobne odczucia mam związane z YNAB (You Need A Budget) – choć w tym przypadku mam do czynienia nie tylko z jedną z najbardziej zaawansowanych aplikacji ze swojej kategorii, ale również jedną z ładniejszych. Wybór był zatem znacznie prostszy, choć sposób działania YNAB jest totalnie inny niż poprzednio używanych przeze mnie rozwiązań. Ale to już historia na zupełnie inny wpis…

Dominikanie.pl – katolicki Netflix i do tego po Polsku?

Dominikanie.pl – katolicki Netflix i do tego po Polsku?

Odkryłem ostatnio bardzo ciekawą, polską platformę – Dominikanie.pl. Jest coś w rodzaju katolickiego Netflixa z treściami właśnie o tematyce katolicko-teologicznej. Inicjatorem przedsięwzięcia jest znany polski dominikanin ojciec Adam Szustak, który też bardzo dobrze czuje się przed kamerą 🙂 Swoją drogą, oglądanie zakonnika robiącego tego typu religijny show, prowadzącego swój daily vlog, do tego z zegarkiem Aple Watch na ręku, rodzi uśmiech na mojej twarzy 🙂 A przecież Adam Szostak nie od dzisiaj inwestuje swój czas w internet – wystarczy przejrzeć jego kanał Langusta na Palnie na YouTubie.

Chyba nie należę do grupy docelowej platformy streamingowej Dominikanie.pl, jednak bardzo miło popatrzeć, gdy ktoś z pasją podchodzi do swojej – no właśnie – chyba “misji” a nie “pracy”? A może i sam czasem zajrzę…

Z resztą zobaczcie sami jak miło się ogląda! 🙂

Myślę, że musisz tam zajrzeć – Dominikanie.pl. Ps. mam nadzieję, że ojciec Adam nie obrazi się za rysunek? 🙂

Superbohaterowie są w(śród) nas

Superbohaterowie są w(śród) nas

Wierzysz w Superbohaterów? Jeżeli masz więcej niż 12 lat, to istnieje spora szansa, że już nie… Ale nie martw się, ja kiedyś też nie wierzyłem 🙂 Wierze jednak, że ten wpis przekona Cię, że oni na prawdę istnieją!

Na początek kilka faktów. Superbohater to postać, która ma nadludzkie moce, tak? Nie koniecznie. Napewno pamiętasz z dzieciństwa Supermana, Spidermana czy Batmana, prawda? Każdy z nich wyróżniał się swoimi niezwykłymi umiejętnościami i zdolnościami. Co ciekawe, tylko dwóch z nich, zawdzięczało je nadprzyrodzonym mocom. Oznacza to, że teoretycznie jedna z tych postaci mogłaby istnieć naprawdę. Wystarczą obcisłe majtki, super bryka, trochę wygibasów po dachach i każdy może być Batmanem :-). Oczywiście nie jest to AŻ TAK proste, ale z pewnością możliwe i do wykonania. A to oznacza nic innego, tylko tyle że SUPERBOHATEROWIE na prawdę istnieją, albo przynajmniej mogą istnieć.

A teraz mam dla Ciebie mega wiadomość, która być może raz na zawsze zmieni Twoje życie: Ty również masz w sobie superbohatera! I to nie jednego – a wielu. Takich prawdziwych!

Skąd to wiem – zapytasz pewnie. Bo siedzą w każdym z nas, tylko nie zawsze potrafimy ich dostrzec, docenić i, co najważniejsze, zaakceptować. W pierwszym odcinku mojego podcastu, w ramach krótkiego przedstawienia siebie, opowiedziałem Ci o sześciu moich superbohaterach. Takich, którzy od dawna we mnie drzemali a ich wybudzanie zacząłem już jakiś czas temu odkrywając coraz to nowsze ich moce 🙂 Oto i oni.

Familyman

Mój pierwszy superbohater. Jego tajemne moce polegają na tym, że uwielbia swoje życie rodzinne i wszelkie zajęcia z tym związane. Na przykład bycie tatą, czy mężem. Tak właśnie jest ze mną. Moje córki, Amelka i Alicja, oraz żona – Ewa, codziennie sprawiają, że jestem szczęśliwym człowiekiem 🙂 I pomimo faktu, że czasem ciężko wytrzymać z trzema dziewczynami w domu… to uwielbiam tę rolę! Cudownie jest zakładać strój superbohatera-taty i lecieć do szkoły na zebranie, pędzić razem na łyżwy czy nawet przytulić się na kanapie i (lekko) przysnąć na kolejnym odcinku Barbie czy Luny 🙂 Wspaniałe uczucie gdy jako superbohater-mąż mogę wybrać się z żoną na randkę do kina czy przygotować jej ulubione danie na nasz wspólny obiad. To właśnie mój pierwszy superbohater – szczęśliwy Familyman.

iGeek

Drugi z superbohaterów, jakich udało mi się odnaleźć, to iGeek! Tego jednego znam i pielęgnuję chyba najdłużej ze wszystkich, odkryłem go już wiele wiele lat temu. Skąd ta dziwna nazwa i co właściwie oznacza? Geek, to podobno „człowiek, który dąży do pogłębiania swojej wiedzy i umiejętności w jakiejś dziedzinie w stopniu daleko wykraczającym poza zwykłe hobby”. W skrócie maniak albo zapaleniec – chyba tak najprościej można go opisać? I ja właśnie jestem takim geekiem jeżeli chodzi o technologie, a w szczególności tą, która tworzy Apple 🙂 A już najbliżej mi napewno do iPad’ów, iPhon’ów i iWatch’ów (oj wiem, że nazywa się Apple Watch, ale tak ładniej wygląda w mojej wyliczance) – stąd to „i” na początku. Uwielbiam te urządzenia i dzięki nim moja praca jest dla mnie nieprzerwanie czystą przyjemnością. Od kiedy stałem się szczęśliwym posiadaczem dużego iPada Pro (trochę więcej na ten temat w moim poprzednim wpisie), staram się wykorzystywać go do wszystkich rzeczy związanych z blogowaniem, podcastem czy moją pracą. Nie zawsze mi się to jeszcze udaje, ale już coraz rzadziej muszę wyciągać MacBooka aby przeskoczyć jakiś dołek, z którym iPada nie daje sobie rady.

Bloggerman

A więc bloguję – o czym z pewnością wiesz, bo przecież jesteś właśnie na moim blogu 🙂 I wiesz co? Kocham to! Mój kolejny superbohater to bloggerman a jego tajemne moce polegają nie tylko na tym, że prowadzi bloga, ale chyba przede wszystkim na tym, że uwielbia to zajęcie. Bo co to za superbohater, który nie kocha swojego zajęcia? Czy Spiderman, Batman i Superman (tak, wiem, mój zakres superbohaterów jest już dość przestarzały 😁) robiliby to co robili, gdyby pomaganie innym nie sprawiało im frajdy? Superbohater bloggerman towarzyszy mi od niedawna, bo raptem od dwóch i pół roku, jednak z każdym dniem odkrywam w nim nowe moce i pokłady energii. To daje mi siłę do działania i pokonywania kolejnych barier, w tym, ciągle dla mnie nowym i nieznanym zajęciu, jakim jest blogowanie. Czy za jakiś czas do grupy moich superbohaterów dołączy Podcast-er-men? (😆) Mam taką nadzieję!

Housewife

Housewife to nic innego jak… kura domowa 🙂 A właściwie w tym przypadku powinien to być kur domowy. Tak tak – ten znienawidzony przez wiele osób zestaw domowych, codziennych obowiązków, jest tym, co tygryski lubią najbardziej 🙂 Oczywiście, dla tych niedowierzających, piszę o sobie.

Wielu moich znajomych przez długi czas stukało się w głowę, gdy opowiadałem, jak bardzo lubię swoje domowe obowiązki którym mogę każdego dnia się oddawać. Gdy przedstawiałem im mojego superbohatera Kura Domowego, nie dowierzali, że robię to bo lubię. W sumie nie mam się co dziwić, w końcu sam dopiero dwa lata temu odkryłem jego istnienie. Wcześniej niezbyt często spędzałem dni w domu. O praniu czy zmywaniu nie nawet nie wspominając. Jej, jak sobie tak wszystko podsumuję, to okres ostatnich kilku lat zmienił mnie całkowicie! I tak też jest z obowiązkami domowymi, które – jak się okazało – mogą sprawiać wielką frajdę i dawać jeszcze większą satysfakcję. Gdy moje dziewczyny wychodzą do domu, pracy i przedszkola, ja mogę – w miarę możliwości, bo jak widzisz w całym moim wpisie, zajęć mam sporo – zajmować się moim kochanym domkiem i zadaniami jakie przede mną stawia. Posprzątać po śniadaniu, pozmywać, wstawić pranie, sprzątnąć podłogę, dosypać jedzenie do karmnika dla ptaków, podlać kwiatki… Panie i Panowie – oto właśnie mój superbohater Housewife.

Cookerman

Gotowanie od zawsze było moją pasją. Już jako mały dzieciak przygotowywałem sobie wymyślne dania co nie raz wprawiało w zdziwienie, a czasem i złość, moich rodziców. To drugie występowało głównie wtedy, gdy w środku nocy zaczynałem smażyć, piec czy gotować… hmm… nie wiem o co im chodziło, w końcu komu przeszkadza delikatny zapach pieczonego ciasta francuskiego o drugiej w nocy? 😉

Pomimo pasji, jaką niewątpliwie było dla mnie gotowanie, nigdy nie myślałem, aby robić to zawodowo. I nawet, gdy jakimś niewiarygodnym zrządzeniem losu, znalazłem się w swojej pierwszej pracy w restauracji sushi jako pomocnik kucharza, wiedziałem, że jest to dla mnie tylko tymczasowa przygoda i nie potrwa dłużej niż dwa, trzy miesiące. Jednak trwała ich równo osiem. I była to najlepsza praca, jaką kiedykolwiek miałem. Robiłem to co kocham i to przez prawie 12 godzin na dobę 🙂 Nie było łatwo, ale satysfakcja pozostawała ogromna.

Teraz, po latach, wstaję każdego dnia rano i otwieram swoją małą, domową restaurację 🙂 Zazwyczaj mam trójkę stałych klientów – moje trzy dziewczyny. Teraz to dla nich najczęściej gotuję i, choć nie zawsze są łatwymi klientkami (szczególnie te dwie młodsze), uśmiechy na ich twarzach gdy próbują coś nowego, są dla mnie najlepszym napiwkiem jaki kiedykolwiek dostałem 🙂 To one sprawiają, że mój superbohater Cookerman każdego dnia rośnie w siłę i zyskuje coraz to nowsze nadprzyrodzone moce.

Businessman

W 2018 roku, dokładnie pierwszego października, minęło 10 lat od kiedy założyłem swoją firmę. Wow, kawał czasu. Jednak dopiero dwa lata temu zrobiłem z niej swoją wymarzoną pracę 🙂 I wtedy też pojawił się mój superbohater Businessman – który uwielbia swoje firmowe zajęcia. Oczywiście istnieje szereg rzeczy, których nie znoszę – cała „papierkowa” robota, rozliczenia z klientami (tak, nie lubię części rozliczeniowej w mojej firmie! 🙂 ), przesyłanie dokumentów do urzędu skarbowego, ZUSu, przypominanie o niezapłaconych fakturach, wysyłanie ofert, blech.. O tych wszystkich rzeczach staram się nie myśleć i przekładam je na później gdy tylko mogę. Część z nich na szczęście robi za mnie moja księgowa, ale innych – jak rozliczenia z klientami – raczej nie pozbędę się tak łatwo. Często śmieję się, że może łatwiej by było, gdybym na fakturze zamiast mojego numeru konta, podawał ten z elektrowni, albo wodociągów… I niech elektrownia w przypadku mojego niezapłaconego rachunku odzywa się bezpośrednio do moich klientów, zamiast do mnie 🙂 Idealne rozwiązanie, prawda? Mógłbym się wtedy skupić na tym, w czym mój superbohater jest najlepszy – w tworzeniu. Bo właśnie na tym polega moja praca. Tworzę strony – takie do czasopism które znajdujesz później na półce w Empiku, oraz te internetowe. Zajmuję się również doradztwem i obsługą tych ostatnich. I wiesz co? Każde z tych zajęć sprawia mi ogromną frajdę 🙂 A chyba najlepszym dowodem na to jest mój blog – czyli tak na prawdę moja praca, po pracy 🙂 W końcu moim ulubionym zajęciem poza regularną pracą, jest dokładnie to samo – tworzenie i prowadzenie swojej własnej strony. A kto mnie zna dłużej wie, że od zawsze do tego dążyłem. Ponieważ to uwielbiam 🙂 I to właśnie jest supermoc mojego superbohatera businessmana.

Sportsman (nowicjusz)

Dzisiaj tak ciężko mi uwierzyć, że jako młody chłopak nie lubiłem sportu. Do drugiej klasy podstawówki, jak prawie każdy dzieciak w tym wieku, uwielbiałem kopać piłę – ba, nawet byłem kilka razy na treningu w drużynie piłkarskiej z prawdziwego zdarzenia, takiej z mojego rodzinnego miasta.

Jednak później coś mi się przestawiło w głowie i wszelką aktywność fizyczną zacząłem traktować jak najgorszy sposób spędzania czasu. Jak to w ogóle możliwe?

No cóż, minęło wiele lat i moje podejście znowu zmieniło się o 180 stopni. Na nowo pokochałem sport i to w bardzo wielu odmianach. Oczywiście taki w postaci rekreacyjnej, nie wyczynowej. Rower, rolki, łyżwy, joga, pływanie, bieganie, a nawet kilka prostych porannych ćwiczeń – każda z tych rzeczy sprawia, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Taki właśnie jest mój superbohater Sportsman – zafascynowany sportem, na nowo 🙂 Dlaczego „nowicjusz”? Przez te wszystkie lata, gdy unikałem sportu jak ognia, narobiłem sobie wiele zaległości. Gdy dwa lata temu, zaraz po rzuceniu palenia, pierwszy raz poszedłem pobiegać, ledwo doczołgałem się do końca ulicy – a liczy ona raptem kilkadziesiąt metrów. Z każdym dniem było lepiej, obserwowałem ogromne, czasem wręcz niewiarygodne, postępy, jednak zawsze czułem, i pewnie jeszcze długo będę czuł, że przez te zmarnowane lata – jestem mocno do tyłu. Za każdym razem gdy wskakuję na rolki czy łyżwy wiem, że gonię dzieciaki które jeżdżą od zawsze. Gdy wchodzę do basenu, widzę jak muszę uczyć się podstaw. Na szczęście radość jaką daje mi sport motywuje mnie do dalszej pracy. Dzięki temu wiem, że przyjdzie dzień, w którym mój superbohater Sportsman zrzuci plakietkę „nowicjusz” 🙂

To moja siódemka uzdolnionych, wspaniałych superbohaterów, którzy każdego dnia pomagają mi zmieniać świat na lepsze. Mój świat 🙂 Teraz Twoja kolej, potrafisz odszukać i wymienić swoich Superbohaterów? Nie wstydzić się żadnego z nich? Zaakceptować ich nadprzyrodzone moce? I najważniejsze: czy Ty w ogóle wierzysz w superbohaterów?? Czekam na Twoje komentarze 🙂

Jeżeli chcesz porozmawiać na ten i inne tematy, zapraszam Cię również do mojej Facebookowej grupy: Fajne Życie – Fajne Grupa.

Informacje o nowych artykułach i porady
jak prowadzić fajne życie prosto na Twój e-mail

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.