Podcast, #006. Jak robić codziennie 10000 kroków pracując w domu?

Podcast, #006. Jak robić codziennie 10000 kroków pracując w domu?

Arystoteles powiedział kiedyś: „Nie ma nic gorszego dla organizmu człowieka niż długotrwała fizyczna bezczynność.” Gdyby tylko widział jak dzisiaj spędzamy większość naszego dnia – złapałby się za głowę.

W najnowszym odcinku podcastu Fajne Życie opowiadam jak to robię, że pomimo faktu iż pracuję w domu, a do tego przy komputerze, (prawie) codziennie udaje mi się zrobić minimum 10000 kroków!

(więcej…)
Szwecja i inne marzenia

Szwecja i inne marzenia

Lubię moją pracę, nawet bardzo. Szczególnie, gdy dzięki niej mogę realizawać swoje marzenia. A ostatnio praca pozwoliła mi właśnie po części spełnić jedno z nich, i to nie małe! Zanim jednak opowiem Ci co dokładnie się wydarzyło, muszę Cię trochę oprowadzić po moim świecie.

Od dawna marzę o podróżowaniu. Nie! Wróć (zawsze śmiałem się, gdy w szkole średniej moja nauczycielka od matematyki tak mówiła)! Nie marzę o podróżowaniu, ja planuję, że będę podróżował – a to jednak zasadnicza różnica, która powoduje, że marzenie zamienia się cel. Jeszcze Ci o tym nie pisałem, ale założyłem sobie, że 30 marca 2021 roku wyruszę w jakąś dłuższą podróż. Nie wiem jeszcze dokładnie gdzie, nie wiem na jak długo, ale wiem, że jadę. Na szczęście zostało mi trochę czasu na udzielenie odpowiedzi na te pytania. Data wyjazdu nie jest jakimś szczególnym dniem, nie kończę 40-tu lat, nie zaczyna się wtedy nowy rok, po prostu pewnego dnia usiadłem i taką właśnie datę wybrałem. A nawet mogę powiedzieć, że ją ot tak wymyśliłem. Było to na początku poprzedniego roku, więc dałem sobie dwa lata na zorganizowanie mojej podróży – to zarazem dużo, ale i bardzo mało. Ten mój 30-ty to taka data wyjściowa, nawet jeżeli będę miał opóźnienie, to przynajmniej będę wiedział jak bardzo jestem do tyłu.

Zaglądałeś już może na mojego Instagrama? Kiedyś wrzucałem tam nudne obrazki z cytatami motywacyjnymi oraz inne głupoty, które wpadały mi akurat do głowy. Niecały rok temu doszedłem jednak do wniosku, że nie ma to większego sensu i znaczenia. Męczyłem się okrutnie z prowadzeniem tamtego profilu. Wiedziałem, że to nie jestem ja, były tam jedynie luźne pomysły, które miały spowodować że znajdę masę followersów – tylko… po co? Po co ja właściwie to robiłem? Ponieważ nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na to dość ważne pytanie, pewnego zwykłego dnia chwyciłem telefon i skasowałem wszystko w cholerę (wybacz słownictwo, ale to określenie idealnie oddaje emocje które mi towarzyszyły w tamtej chwili). Powiedziałem sobie jednocześnie, że nie wrzucę na Instagrama ani jednego, nowego zdjęcia, do czasu aż nie odnajdę sensu prowadzenia tam profilu. I po miesiącu znalazłem…

Nic na moim blogu nie dzieje się bez przyczyny. Gdyby tak zebrać wszystkie treści jakie opublikowałem i ułożyć z nich mapę, gdzieś tam na niej pewnie dałoby się odszyfrować, że marzę o czymś takim jak wielka podróż. Z resztą sporo piszę o marzeniach, już dawno temu zacząłem wpisem o siedmiu powodach, dla których warto być marzycielem. I choć wpis jest już dość stary, to nadal aktualny. Planując tak wielkie rzeczy musiałem też nauczyć się cierpliwości, a to – jak pewnie wiesz – nie jest proste. Jednak pomógł mi w tym sport – tu efekty przychodzą z dużym opóźnieniem, jednak warto na nie czekać, nie chodzić na skróty i nie poddawać się – to bardzo dobrze opisałem w innym z moich starych wpisów: Nie spiesz się, nie oszukuj. Skutecznie osiągnij cel. – choć pisząc go, nie wiedziałem jeszcze, że gdzieś tam w głowie tli mi się tak duży pomysł.

Innym razem pisałem o podróży do Disneylandu – tyle, że z Googlem, czy pracy marzeń w Kanadzie. Te niepozorne, i z jednej strony trochę niepasujące do mojego bloga wpisy, powoli uświadamiały mi, że jest wiele miejsc na świecie, które chciałbym odwiedzić, które muszę odwiedzić! Moje marzenia o podróżowaniu kiełkowały i trzeba było je tylko dalej hodować.

Potem pojawił się wpis o tym jak spełniać marzenia, nazwałem go: Prosty przepis na spełnienie Twojego marzenia, choćby na grafice do wpisu widnieje napis: Mały kurs spełniania dużych marzeń. I tym właśnie on dla mnie był – sposobem do realizacji mojego podróżniczego celu. Był rozpisaniem go na części, przerobieniem na plan.

Aż w końcu najbardziej znaczący wpis, który zmienił wszystko: W 80 dni dookoła świata, czyli jak zaplanować podróż życia. Wrzuciłem do niego między innymi film pokazujący historię Karola Lewandowskiego, który wraz z żoną Olą kupił starego busa i wyruszył w podróż po świecie. Jego historia zainspirowała mnie do tego stopnia, że pomyślałem: dlaczego by nie????? Zacząłem śledzić bloga Busem przez świat, zaglądać na ich YouTuba, Instagrama, zapragnąłem podobnego życia. A Lewandowscy na swoim blogu opisują krok po kroku jak to zrobić. Patrząc na Olę i Karola pomyślałem: chyba mogę i ja? Co stoi na przeszkodzie? Nic. NIC! Mogę!

Okazało się również, że osób takich jak Lewandowscy jest więcej! Znalazłem między innymi Podróżovanie – blog, na którym Kasia i Łukasz opisują swoje podróże po świecie kamperem przerobionym z dostawczego Volkswagenami. Mało tego – pokazują bardzo dokładnie, krok po kroku, jak przystosowali swój samochód do takiej podróży. Toż to dokładnie to, czego potrzebowałem! Postanowiłem pójść podobną drogą.

Wracając do Instagrama – w końcu nie napisałem Ci co właściwie tam umieszczam, a pewnie sam jeszcze nie sprawdziłeś. A nawet jeżeli jednak kliknąłeś w link do mojego profilu, to jest całkiem spora szansa, że nadal nie wiesz o co w tym chodzi. Ok, już tłumaczę: Instragram jest teraz dla mnie pewnego rodzaju mapą (mapy, mapy, wszędzie widzę mapy ????) – miejsc, które odwiedziłem. Otóż, w każdym nowym miejscu w którym się pojawiam, zostawiam małego, kolorowego, zrobionego z papieru ptaszka (nazywam je „birdami”), któremu następnie robię zdjęcie i wrzucam właśnie na Instagrama. Tylko tyle. Przynajmniej narazie ???? Mam jednak taką zasadę, że każde miejsce równa się tylko jeden instapost. Nie mogę więc co trzeci dzień wrzucać birda z Warszawy, pomimo tego, że właśnie tak często się w niej pojawiam – może być tylko jeden. Do tego nie może być to miejsce, które tylko mijam i w którym jestem raptem kilka minut – birdy zostają tylko tam, gdzie i ja zostawiam kawałek siebie, miejsca na które „mam chwilę”. Na początku było dość łatwo, zacząłem w czerwcu, na samym początku lata, były wakacje, wyjazdy z Ewą, dziećmi, do tego mogłem wrzucić birdy z miejsc, które odwiedzam na co dzień, jak właśnie Warszawa, czy moje Opypy – szybko uzbierała się całkiem spora liczba postów. Ale wakacje się skończyły, często odwiedzane miejsca również, musiałem zacząć szukać sposobów na kolejne publikacje – a Instagram mocno mnie do tego motywował.

I w ten oto sposób dochodzę do tego, od czego zacząłem mój wpis, a związane jest to z jednym z ostatnich birdów, który pojawiły się na moim profilu – numer dwudziesty czwarty, z dopiskiem Sztokholm. I to właśnie moja praca pozwoliła mi odbyć podróż do tego niezwykłego miejsca. Być może to „osiągnięcie” nie będzie dla Ciebie niczym szczególnym, w końcu bilety lotnicze do Szwecji kosztują nie więcej niż kolejowe z Warszawy do Krakowa (serio!), a leci się przecież znacznie krócej, ale dla mnie ta podróż była nie lada wyzwaniem, całkiem znaczącym znakiem i jednocześnie testem. I nie chodzi tutaj o samą pracę – zadanie, które miałem do wykonania w Szwecji było bardzo fajne, wręcz ekscytujące – lecz o cały backstage, mój osobisty plan, który towarzyszył tej wyprawie. Wyruszyłem bowiem swoim własnym samochodem, przemierzając najpierw pół Polski drogą nad morze, płynąc nocą promem, aby następnie przez cały kolejny dzień móc samochodem przejechać spory kawałek Szwecji. Ta kilkudziesięciogodzinna wyprawa była sprawdzianem, a jego wynik miał pokazać, czy takie podróżowanie jest właśnie tym, na czym mi zależy. Miał dać odpowiedź na pytanie, czy mój plan z marcem 2021 roku ma w ogóle sens. I już wiem – ma! Cały mój harmonogram w Szwecji był dość napięty, nie miałem wiele czasu na zwiedzanie, ale udało mi się trochę rozejrzeć, znalazłem wspaniałe miejsca, delektowałem się każdą minutą podróży – zarówno jadąc do Sztokholmu, jak i będąc tam na miejscu. Przemierzając drogi tego wspaniałego kraju nie pędziłem, rozglądałem się co i rusz, robiłem sporo przerw aby pooglądać przepiękną skandynawską przyrodę. Każda minuta była dla mnie czymś wyjątkowym.

Napisałem na samym początku, że praca pozwoliła mi spełnić marzenie. Ale to nie do końca prawda. Im więcej o tym myślę, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że tak na prawdę to ja sam nastawiłem się na spełnianie mojego marzenia, a praca w tym wypadku stała się dla mnie tylko narzędziem do tego. Pewnie zadziałał tu też mechanizm magnesu: byłem otwarty na tego rodzaju przygody, więc i spadło na mnie zadanie związane z podróżą. Wszystko miało znaczenie.

Moja przygoda w Szwecji już za mną, ale ta właściwa –związana z podróżowaniem – dopiero się rozpoczyna. A ja z każdym dniem szerzej otwieram oczy i widzę coraz więcej elementów, które od tak dawna podświadomie składam aby takie wyprawy odbywać. Nawet moja praca, którą od miesięcy organizuję w ten sposób, abym nie musiał wykonywać jej z domu czy jakiegokolwiek innego, konkretnego miejsca. Będąc w Szwecji pracowałem całkiem normalnie, i chociaż zadanie, które miałem tam do wykonania bardzo absorbowało mój czas i uwagę, to jednak zobaczyłem, że mogę być w dowolnym miejscu na ziemi i robić to samo, co na co dzień robię w domu.

Tak właśnie spełnia się marzenia. Jeżeli nadal nie wierzysz że można, być może musisz przeczytać jeszcze raz ten wpis, spisać sobie wszystkie linki które w nim umieściłem i odwiedzić je po kolei. To żywe dowody na to, że można! I prawdziwe sposoby pokazujące „jak?”.

Na koniec mam do Ciebie jedno pytanie: jakie jest Twoje marzenie, którego datę realizacji zapiszesz sobie właśnie dzisiaj w kalendarzu?

Rok odwagi

Rok odwagi

Piszę do Ciebie tą wiadomość dziewiętnastego stycznia. Oznacza to, że minęło mniej więcej 5% roku. Jestem bardzo ciekawy, czy Twoje postanowienia noworoczne zdążyły już przepaść, czy jeszcze się ich trzymasz? Moje nie przepadły, ale chyba tylko dlatego, że wcale ich nie ustanawiałem. Zrobiłem za to coś zupełnie innego, ale zanim napiszę co, muszę najpierw opowiedzieć Ci co robiłem w poprzedni weekend.

Otóż w sobotę i niedzielę, moja córka miała swoje dwie imprezy urodzinowe – jedną dla koleżanek, drugą już bardziej rodzinną. Pierwszą z nich zorganizowaliśmy na lodowisku – Ala (solenizantka) i jej koleżanki jeździły cała godzinę na łyżwach – wszyscy byli zachwyceni. Dla mnie za to, było to pierwsze przyjęcie urodzinowe moich córek, na których bawiłem się równie dobrze co one. Prawie wszystko się udało. Prawie, ponieważ zaplanowaliśmy spektakularny wjazd na lodowisko z tortem, a niestety szalejący wiatr ciągle zdmuchiwał nam wszystkie świeczki… więc było dmuchanie „na sucho” i mnóstwo śmiechu ????. Oczywiście nie traktuję tego jak wpadkę, ale jako zabawną rzecz, której nie przewidzieliśmy. Ogólnie, było to wspaniałe wydarzenie, którego długo nie zapomnę (choć zorganizowane dla prawie-nastoletnich dziewczyn). Nawet moje żona była zadowolona, choć przez długi czas dość sceptycznie podchodziła do pomysłu organizacji przyjęcia urodzinowego na łyżwach.

Poprzednia niedziela upłynęła nam z kolei pod znakiem przyjęcia w gronie rodzinnym. Zaprosiliśmy tyle osób, ile tylko nam się mieści w domu i świętowaliśmy urodziny. Mamy w domu z Ewą pewien układ na takie okazje: ona wybiera dania a ja je gotuję. W ten sposób każdy dostaje to, co lubi – ja mogę gotować, a Ewa dostaje swoje ulubione potrawy ????. I tym razem wymyśliła rosotto – trudne, ale wyjątkowo wdzięczne danie. Postanowiłem jednak nie poprzestawać na tym: pomyślałem, że zrobimy całe przyjęcie w stylu włoskim. Na początek podaliśmy bruschetty, potem przepyszną zupę minestrone, risotto, deser i na kolację przepyszne, domowe, włoskie pizze. Nie zabrakło pomidorów, sosów, serów czy bazylii. I oczywiście świeżo upieczonego chleba (kilka tygodni temu dostaliśmy taką maszynkę do jego wypiekania i muszę przyznać, że zbzikowałem na tym punkcie totalnie). A najlepsze jest to, że chyba wszystko się udało i smakowało gościom. Ewa jak zwykle trochę na początku panikowała, ale ostatecznie sama przyznała, że było super. Tak właśnie minęł mi cały poprzedni weekend.

A dlaczego właściwie Ci o tym wszystkim opowiadam? Już tłumaczę.

Nie od dziś wiadomo, że postanowienia noworoczne nie mają większego sensu. Mało komu udaje się je utrzymać dłużej niż tydzień, a jeszcze mniejsza liczba osób przekształcić w nawyki. Został nawet wyznaczony dzień, do którego statystycznie rzecz biorąc, większość postanowień noworocznych została już dawno spisana na stary. Przypada on w trzeci poniedziałek roku, czyli jutro. Nazywamy go Najsmutniejszym Dniem Roku (Blue Monday). Dlatego też, podobnie jak w latach poprzednich, tak i tym razem, nie tworzyłem dla siebie żadnych postanowień noworocznych, nie wyznaczałem też wielkich celów, zrobiłem za to coś o wiele lepszego – wyznaczyłem na rok 2020 temat. A jest nim odwaga.

Pierwszy raz o tej technice planowania okresów usłyszałem w podcaście Cortex. Jego prowadzący, znany youtuber CGP Grey oraz podcaster Myke Hurley, od kilku już lat wyznaczają i opowiadają o swoich tematach na różne okresy w życiu. Zainspirowany ich działaniem, rok temu postanowiłem że i ja, zamiast podejmować bezsensowne postanowienia noworoczne, będę wybierać na każdy rok temat. A różnica pomiędzy jednym i drugim jest ogromna. Postanowienia noworoczne to coś zamkniętego, dokładnie określonego, wymagającego konkretnego działania, zazwyczaj obejmującego rzecz, którą sami nie wierzymy, że jesteśmy w stanie zrealizować. Bliższe są ona naszym marzeniom, niż planom. Trzy najpopularniejsze przykłady postanowień noworocznych to rzucanie palenia, przejście na dietę i rozpoczęcie przygody z siłownią. Ale czy tak na prawdę znasz kogoś, kto rzucił palenie w sylwestra i wytrzyma dłużej, niż tydzień? Podejrzewam, że po zabawie sylwestrowej mało kto wytrzymuje z takim postanowieniem choć dwa dni. Z dietą pewnie jest podobnie. Jedynie siłownia czasem się przedłuża o kilka dni, czy tygodni ze względu na wykupiony wcześniej, w przypływie emocji, karnet.

Sprawa wygląda zupełnie inaczej, gdy zamiast tworzyć noworoczne postanowienia, wyznaczymy na dany okres temat. I aby jeszcze lepiej pokazać Ci na czym polega różnica, powrócę na chwilę do moich wcześniejszych dwóch historii. Tak na prawdę cały mój ostatni weekend stał dla mnie mocno pod znakiem odwagi. Od samego początku rozsądek podpowiadał, aby zorganizować pierwsze przyjęcie urodzinowe mojej córki w sali zabaw, albo w domu – zrobić to standardowo, po najmniejszej linii oporu. Przecież nie potrzeba wiele, aby dzieciaki się dobrze bawiły. Szczególnie, że mieliśmy bardzo mało czasu na przygotowanie wszystkiego, nie mogliśmy przewidzieć pogody (w sumie trochę mogliśmy, a na tydzień przed urodzinami, mój iPhone pokazywał, że w czasie przyjęcia będzie lekko padało, co się na szczęście nie sprawdziło…), a do ostatniego dnia nie mieliśmy nikogo, kto poprowadziłby dla dzieciaków zabawy na lodzie. To samo dotyczyło drugiego przyjęcia – zamiast wymyślać całe włoskie menu, mogłem pójść na łatwiznę, przygotować dwie standardowe sałatki, tradycyjny rosół, kupić kilka gotowych produktów, nie bawić się w wypiekanie chleba. Tym bardziej, że tego dnia gościło u nas kilkanaście osób, a gotowałem tylko ja i to w naszej niezbyt dużej kuchni. Jednak i w pierwszym i w drugim przypadku podjąłem decyzję, że nie nie boję się ryzyka, nie boję się dodatkowej pracy, chcę podjąć walkę, aby móc być później z siebie dumnym. Podjąłem takie, a nie inne decyzje, ponieważ ten rok stoi u mnie właśnie pod znakiem odwagi. Rok odwagi. Planując kolejne wydarzenia, właśnie to biorę pod uwagę. Widzisz różnicę w stosunku do postanowień noworocznych? Mam nadzieję, że tak.

Mam dzisiaj do Ciebie jedno pytanie: Czy planujesz z wyprzedzeniem okresy w swoim życiu?

Sposób na fajną randkę

Sposób na fajną randkę

Dumb Little Man to amerykański serwis, który często porusza tematykę podobną do tej z mojego bloga, (ciekawe, czy czytają moje Fajne Życie tak samo jak ja czytam ich ????). Pewnie dlatego tak lubię tam zaglądać – zawsze znajdzie się coś ciekawewgo do poczytania. Nie inaczej było i ostatnim razem: znalazłem fajny artykuł o tym, jak zorganizować ciekawą randkę dla kogoś, kto lubi sport (choć autorzy postarali się o nieco bardziej clickbaitowy tytuł). W artykule przedstawiono 5 ciekawych pomysłów na randkę w stylu sportowym, jednak – pewnie ze względu na różnice kulturowe pomiędzy nami i Stanami – tylko jedna z nich przypadła mi do gustu. Autorzy zaproponowali golfa (totalnie nie dla mnie – przynajmniej w tej chwili), randkę w pubie lub sportowym barze (ee, chyba nie…), wypad na mecz hokeja (come on!), wstąpienie do ligi sportowej (chyba drużyny?) i… no właśnie, ostatnia propozycja bardzo mi się spodobała ???? Z resztą sami przeczytajcie:

(…) Rock/Mountain climbing

How about a date idea that involves a little more exercise?

You could either walk up a mountain using pathways that have already been created or add a little more intrigue and adventure by rock climbing. Both can be quite challenging and can be used to gauge how strong your relationship is, especially when things get a bit tough.

Obchodziliśmy w tym roku z Ewą dziesiątą rocznicę ślubu i w dokładnie w ten sposób postanowiliśmy ją uczcić: wyprawą w góry. Z resztą nie była to jedyna nasza wyprawa w ostatnie wakacje. Dzieciaki tym razem częściej niż zwykle korzystały z usług babć, my natomiast dużo spacerowaliśmy i zdobywaliśmy niektóre z polskich pagórków, a najwyższym z nich była Śnieżka, której zdobycie okazało się być wspaniałą przygodą – obydwoje świetnie się bawiliśmy. Zostawiliśmy samochód w domu, kupiliśmy bilety na pociąg i daliśmy się ponieść wyobraźni. Ta z kolei sprawiła, że naszą podróż na szczyt rozpoczęliśmy nie w Karpaczu, skąd zaczynają się szlaki na szczyt, a z Jeleniej Góry – zafundowaliśmy więc sobie do naszej wspinaczki dodatkową, 30-kilometrową, pełną przygód wędrówkę.

To była wspaniała, dwudniowa randka! A udało nam się zorganizować jeszcze dwa podobne wypady w ciągu całych wakacji. Zakochaliśmy się w takich randkach, dokładnie tak samo jak 10 lat wcześniej w sobie, i czasem, po cichu planujemy kolejne. Dlatego gdy tylko przeczytałem artykuł o sportowych randkach, przypomniały mi się wszystkie wędrówkowe chwile z minionych wakacji i pomyślałem, że muszę Wam o tym napisać. Dlatego zastanów się, czy na kolejną randkę z żoną, mężem, dziewczyną czy chłopakiem, nie lepiej zamiast włoskiej restauracji wybrać wspinaczkowe buty. Wspólna górska wycieczka, czy nawet dłuższa, kilkudziesięciokilometrowa piesza wyprawa z pewnością dostarczy Ci niezapomnianych wspomnień, i z korzyścią wpłynie na Twoje zdrowie. Choć, jak zaznacza autor w DLM, pierwsze uczucie po randce w górach, może nie do końca być tak wspaniałe:

Be prepared the next day to be sore though. I thought I was in decent shape but all of those little muscles that I never use quickly told me how angry they were when I woke up the next day.

Pamiętaj jednak, że taki ból to samo zdrowie ???? Jeżeli chcesz przeczytać cały artykuł z Dumb Little Man, znajdziesz go tutaj: 5 Dating Ideas if Your Boyfriend is A Sports Junkie

ps. Ostatnio częściej piszę do osób, które zapisały się, aby otrzymywać mój newsletter. Przestałem też wysyłać w ten sposób tylko i wyłącznie informacje o nowych artykułach na blogu. Należysz do grona moich czytelników? Może warto wypróbować również newsletter? Gorąco zapraszam tutaj.

Było sobie życie… czyli co tym razem mnie powstrzymało

Było sobie życie… czyli co tym razem mnie powstrzymało

Czasem mam wrażenie, że co piąty odcinek Morning Pages, wpis na Facebooku, czy artykuł, który tworzę, zaczyna się tak samo: „wróciłem, przepraszam, że się nie odzywałem”. I dokładnie tak miałem ochotę zacząć i tym razem. Nawet wiem, dlaczego tak się dzieje – dużo obiecuję sobie i Wam (choć chyba głównie sobie), a potem przychodzi życie i wywraca wszystkie moje plany do góry nogami. Dokładnie tak było i tym razem: pod koniec wakacji usiadłem, ułożyłem wspaniały i przeładowany zadaniami plan na treści blogowe i… nie do końca się to udało 🙂 Założenie były bardzo fajne: w każdym kolejnym miesiącu, biorę się za jeden temat i tworzę treści właśnie wokół niego. Mam vloga i podcast „Morning Pages”, jest podcast „Fajne Życie”, są artykuły na blogu, wideo i newsletter. Dokładnie zaplanowałem wszystkie te kanały – wiedziałem co, gdzie i kiedy publikować, wystarczyło jedynie zrealizować ten plan. Wybrałem nawet tematy na pierwsze kilka miesięcy. Krótko mówiąc: wszystko dokładnie sobie poukładałem. Nie przewidziałem jednak jednego: życia. A dało ono o sobie znać już na samym początku.

Żeby to wszystko było jeszcze bardziej zabawne, pierwszym tematem, jakim zacząłem się zajmować była „właściwa organizacja”. Uznałem, że takie zagadnienie jest idealne na początek – zarówno dla mnie, jak i moich czytelników. W końcu wrzesień to czas, w którym dzieciaki (w tym i moje oczywiście) ruszają do szkoły, a i my z żoną przestawiamy się z letnio-wakacyjnego trybu na jesienną mobilizację. To idealny czas, aby powrócić do zapomnianych przez wakacje zdrowych nawyków i przyzwyczajeń, wspaniały moment, aby wszystko na nowo poukładać. U mnie w domu „efekt września” jest jeszcze bardziej odczuwalny, ponieważ moja Ewa, jest nauczycielką – i razem z dzieciakami wraca do pracy po wakacyjnej przerwie. Ja z kolei – korzystając z pięknej pogody i faktu, że moje dziewczyny w wakacje są głównie w domu – przez większość lipca i sierpnia, pracowałem poza domem. Wrzesień jest więc dla mnie powrotem do domu… Krótko mówiąc: idealny czas, aby zająć się tematem organizacji.

Niestety już na samym początku zaliczyłem falstart – powrót do szkoły moich dzieciaczków i powrót do pracy Ewy sprawiły, że nie wyrobiłem się na 1 września… Pierwszy odcinek drugiego sezonu Morning Pages – który miał przerwać moją wakacyjną absencję na blogu – wyszedł mniej więcej z dwutygodniowym opóźnieniem. Nie przejąłem się jednak zbytnio tym znakiem z nieba i postanowiłem kontynuować pierwotny plan, z tym że z drobnym przesunięciem czasowym. Początkowo szło nawet nieźle – nagrałem kilka odcinków Morning Pages, opublikowałem pierwszy z zaplanowanych artykułów i… wtedy życie postanowiło o sobie przypomnieć.

Było piękne, niedzielne, wrześniowe popołudnie, gdy Ewa przyszła do mnie i powiedziała, że znalazła na OLX’ie cudnego szczeniaczka. A musicie wiedzieć, że temat pieska przewijał się w naszym domu już od wielu miesięcy, i to głównie Ewa go blokowała, nie mogąc zdecydować się i przekonać do tak wielkiej odpowiedzialności i zmian w życiu, jakie wprowadza pojawienie się psa. Od czasu Miki (która gościła u nas niezbyt długo), pierwszy raz pomyślałem, że faktycznie możemy mieć w domu pieska! Również nasze dzieciaki szybko zorientowały się w sytuacji, wywęszyły szansę na wymarzonego szczeniaczka i rozpoczęliśmy wspólne działania szturmowe przeciwko Ewie, aby jak najszybciej jechać po pieska – zanim Ewa się rozmyśli. Efekt był taki, że kilka godzin później mały, biały, niewinny i przestraszony piesek, obsikiwał nam już podłogę 🙂

Gdy byłem mały, przez mój rodzinny dom przewinęło się całkiem sporo zwierząt (choć ja sam opiekowałem się głównie moim małym kotkiem, który przeżył ze mną wspaniałe 17 lat). Mieliśmy kilka piesków, kotów, świnki morskie, króliczki, nawet małe kaczki i dwie białe kozy, które latem strzygły nam trawkę, a zimą – no cóż, głównie śmierdziały. Wiedziałem więc – chyba jako jedyny w domu – z czym wiąże się przygarnięcie małego szczeniaczka, spodziewałem się wywrócenia życia do góry nogami. I niestety nie pomyliłem się. Nasz nowy członek rodziny nazywał się Pirat – takie imię otrzymał od rodziny, od której go odebraliśmy. Tłumaczyli nam, że nadali mu je ze względu na łatkę przy jednym oku, ale patrząc na zachowanie tego gagatka, myślę, że powodów ku temu mogło być znacznie więcej!

Cóż… szybko okazało się, że maluch potrzebuje bardzo dużo miłości, cierpliwości i zmian, jakie musieliśmy wprowadzić w domu. To nie tylko zrujnowało cały mój blogowy plan na kolejne artykuły i nagrania, ale również totalnie zniszczyło moje poranki. Do tej pory, zaraz po przebudzeniu sięgałem po butelkę wody, później była poranna toaleta, często włączałem aplikację Elevate, która pomagała – równie skutecznie co woda – rozbudzić moje szare komórki, była medytacja, czasem joga, śniadanie, pisanie itd. Pojawienie się Pirata sprawiło, że z moich poranków została tylko woda, którą i tak mogłem wypić dopiero po przywitaniu się z piszczącym i stęsknionym po całej nocy pieskiem, znalezieniu wszystkich zasikanych w domu miejsc, umyciu podłogi i nakarmieniu tego małego wariata. Przez pierwsze dwa tygodnie nie udało mi się ani razu dotrzeć nawet do medytacji, nie mówiąc już o pisaniu czegokolwiek na bloga… I żebyście mnie dobrze zrozumieli – zakochałem się w tym maluchu już pierwszego dnia, uwielbiam wspólne spacery z nim (na razie po podwórku), ganiamy się, wygłupiamy, przytulamy i dużo ze sobą rozmawiamy (z psem też można!), ale faktem jest, że zdezorganizował on nasze życie już od pierwszego dnia gdy się pojawił. I gdybym musiał poradzić sobie tylko z tą jedną rzeczą, myślę, że udałoby mi się powrócić do pisania w miarę szybko, ale oczywiście życie postanowiło kolejny raz o sobie przypomnieć…

Był piękny sobotni poranek (chyba wszystkie historie z tego wpisu będą zaczynały się w taki sposób) a ja wróciłem właśnie z wyprawy na targ z masą smakołyków. Razem z dzieciakami szykowaliśmy nasze standardowe, sobotnie śniadanie. A musisz wiedzieć, że weekendowe posiłki są u nas w domu szczególnie ważne i wszyscy bardzo się staramy, aby jak najlepiej je przygotować. Nawyk jedzenia wspólnych śniadań wprowadziliśmy kilka lat temu, jednak w tygodniu nie mamy zbyt wiele czasu, aby razem posiedzieć i porozmawiać przy śniadaniu. Pomimo faktu, że każdego ranka siadamy wspólnie, aby zjeść ten pierwszy posiłek, to od poniedziałku do piątku, mamy na to raptem 20 minut. W weekend jest inaczej – nie żałujemy sobie czasu na śniadanie, a każdy sobotni i niedzielny poranek jest u nas tak samo uroczysty co śniadanie wielkanocne. Serio! Chyba wszyscy kochamy nasze weekendowe śniadania. A więc nakrywaliśmy wspólnie stół, rozpakowując jednocześnie „targowe” zakupy, gdy nagle… moja najmłodsza córka gorzej się poczuła. Nie chcę za mocno wchodzić w szczegóły (wybacz, staram się jednak nie odsłaniać zbytnio tej sfery mojego życia), jednak kilka godzin później była już w szpitalu z przepisaną dwutygodniową kuracją, której nie mogła niestety odbyć w domu. Ustaliliśmy z żoną, że to ona zostanie z Amelką w szpitalu, a ja zajmę się domem, drugą córką i naszym małym pupilem, który dopiero uczył się przecież z nami żyć. Jak się zapewne domyślasz, to już totalnie zniszczyło moje plany związane z publikowaniem czegokolwiek na blogu. Poczułem, że mam dość. Poranki nadal wyglądały dość chaotycznie: zaraz po przebudzeniu leciałem do stęsknionego i piszczącego pieska, potem biegałem po domu z papierem i ścierkami, aby doprowadzić podłogę do stanu używalności, szybkie śniadanie i wyprawienie starzej córki do szkoły. A potem na zmianę – jeden dzień jechałem do szpitala, a drugi nadrabiałem pracę. Nie było łatwo, ale wtedy… życie postanowiło po raz kolejny o sobie przypomnieć….

Od ostatnich wydarzeń minął równy tydzień, był piękny sobotni poranek (a jak!). Pomimo sytuacji w domu i faktu, że z powodu nieobecności Ewy i Amelki działaliśmy w mocnym osłabieniu, postanowiliśmy z Alicją – starszą córką – przygotować nasze tradycyjne wspaniałe, weekendowe śniadanie. Chcieliśmy choć trochę normalności w tej nienormalnej sytuacji, a śniadanie wydawało się dobrym na to sposobem. Przygotowaliśmy więc wszystko zgodnie z naszym zwyczajem i usiedliśmy do stołu. Nasza radość z tej namiastki spokoju trwała może z 15 minut, ponieważ po chwili Ala usłyszała dziwne syczenie (sssss) dochodzące z góry (nasz domek ma parter i piętro). Szybko udałem się na piętro, aby sprawdzić o co chodzi, a gdy tylko wszedłem na najwyższy stopień schodów, wpadłem (dosłownie) w ogromną kałużę. Może domyślacie się, jaka była moja pierwsza myśl po kilku tygodniach z małym, sikającym wszędzie szczeniakiem?

  • Pirat!!!!!

Jednak po chwili namysłu, uświadomiłem sobie, że przecież nasz piesek nie był jeszcze dzisiaj na gorze, a i tak kałuża była na niego zdecydowanie za duża! I wtedy przypomniałem sobie o syczeniu, spojrzałem na rurę w korytarzu…

Wiesz już, o co chodzi? Oczywiście przeciekała i wszystko na górze było zalane. Takie rzeczy zawsze przytrafiają się w najgorszym możliwym momencie, prawda? Choć z drugiej strony, nigdy nie ma odpowiedniego momentu na pękniętą rurę. Spora część soboty upłynęła więc na sprzątaniu i badaniu uszkodzenia. Na szczęście okazało się, że awaria dotyczy jedynie rury z ciepłą wodą, więc nie zostaliśmy totalnie odcięci od wody na kolejne dni.

I teraz mógłbym zacząć kolejną opowieść o tym, jak ciężko znaleźć hydraulika, który zdecyduje się przyjechać do takiego „drobiazgu”, czy o tym, że na początku kolejnego tygodnia dopadło nas z Alicją przeziębienie i musieliśmy trochę posiedzieć w domu. Ale nie o to chodzi, abym zasypywał Cię kolejnymi opowiadaniami tłumaczącymi, dlaczego przez trzy tygodnie nie udało mi się napisać ani nagrać nic na bloga. Ważne jest, że minęło kilka tygodni, mamy już kolejną niedzielę, jest godzinę 5:30, a moje dziewczyny śpią smacznie w swoich łóżkach (wszystkie już w domu!). Piesek, który w końcu nauczył się wołać i wychodzić na dwór gdy ma potrzebę, odpoczywa na swoim miejscu, a ja jestem po śniadaniu, kawie, herbacie i ponad dziesięciu tysiącach znaków, które napisałem dzisiaj na bloga. Zwarty i gotowy, aby dalej tworzyć! Wydarzenia ostatnich tygodni sprawiły, że jeszcze bardziej zapragnąłem, ładu i porządku w życiu. A dzięki temu jeszcze mocniej chcę pochylić się nad – tak już bardzo już opóźnionym – tematem organizacji, o którym postanowiłem opowiadać Ci już kilka miesięcy temu. Być może ostatnie wydarzenia powinny nauczyć mnie, żeby nie planować za dużo, nie obiecywać zbyt wiele, nie planować tak obficie. Ja jednak nie zamierzam poddawać się i hamować mojej ambicji, przeciwnie – postaram się wypełnić mój pierwotny plan, najwyżej z dużym opóźnieniem! Także zapraszam Was po raz kolejny do tego samego, co obiecywałem na początku września – do jeszcze lepszej organizacji, o której opowiem w Morning Pages, podcaście Fajne Życie i na blogu ????

A Ty? Chcesz mieć fajne życie?No jasne!
+ +

A Ty masz swoje fajne życie?
Zapisz się, aby otrzymywać mój newletter
i poszukajmy go wspólnie.

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.

A Ty masz swoje fajne życie?
Zapisz się, aby otrzymywać mój newletter
i poszukajmy go wspólnie.

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.