Mika

Mika

Witajcie. Ale się u mnie działo w ciągu ostatnich tygodni. Zastanawiam się od czego zacząć. To może zacznę od przedstawienia. Poznajcie Mikę.

Mika to piesek, mały szczeniaczek, który pojawił się w moim życiu. Ale od początku.

Na przełomie czerwca i lipca pojechaliśmy całą rodzinką na wakacje. Odwiedziliśmy Gdańsk – mamy tam jedno urocze miejsce gdzie lubimy spędzać urlop i zatrzymaliśmy się właśnie tam. Już przed wyjazdem pojawiały się u nas pierwsze rozmowy na temat pieska – rozważania, czy możemy, czy powinniśmy, czy damy sobie radę. Dzieciaki oczywiście od początku były na „tak”, ja również dość entuzjastycznie podchodziłem do całej sprawy. Ciągle jednak brakowało ostatecznej decyzji.

Na wakacjach byliśmy jednak otoczeni przez pieski, nie dało się nie myśleć o małej adopcji i tym czy nie warto spróbować. I na sam koniec naszego pobytu w Gdańsku, zapadła decyzja, że podejmiemy się tego wyzwania.

Powrót z wakacji zazwyczaj jest ciężkim momentem, kojarzącym się wielu z pourlopową lekką depresją i niechęcią do pracy. Można chyba porównać go do zmęczenia spowodowanego różnicą czasu po podróży samolotem (ang. jet lag – chyba nie ma ładnego polskiego odpowiednika tego słowa?). Tym razem jednak ominął mnie ten ponury stan. Wszystko dlatego, że miałem do czego wracać – czekała nie mnie Fajna Praca, Fajne Poranki, Fajne Jedzenie prosto z naszego targu (za którym moje dziewczyny bardzo tęskniły), wszystkie moje Fajny Rytuały. Nasz urlop udowodnił mi, że dla szczęśliwego człowieka całe życie to wakacje. A powrót z urlopu to tylko zmiana jednej przygody na drugą.

Gdy wróciliśmy, zacząłem planować. Oczywiście jako typowy pędziwiatr, pierwsze co zrobiłem, to wskoczyłem na  OLX w poszukiwaniu ukochanego szczeniaczka. Długo przeglądałem ogłoszenia – zarówno te ze schronisk, jak i prywatnych osób. Już podczas pierwszego przeglądania dodałem kilkanaście pozycji do obserwowanych. Jedno z nich szczególnie zwróciło moją uwagę. Facet z Żyrardowa (kilkanaście kilometrów od nas) oddawał piękne szczeniaczki – miał dwóch samców i trzy albo cztery suczki. Postanowiłem dać sobie jeszcze kilka dni na podjęcie ostatecznej decyzji.

Środa. Zaraz po przebudzeniu wiedziałem, że dzisiaj jest ten dzień. Czułem ogromne podekscytowanie i jednocześnie lęk. Wiedziałem, że jesteśmy totalnie nieprzygotowani a cały ciężar opieki nad psem spadnie na mnie. Byłem na to gotowy i zdecydowany. Wtedy jeszcze nie wiedziałem na co się piszę.

Jak wiecie wstaję dość wcześnie i gdybym z samego rana (co dla mnie oznacza 4-tą rano) zadzwonił do faceta z ogłoszenia z pytaniem o psa, chyba dzisiaj nie miałbym o czym pisać. 🙂 Czekałem więc przygotowując listę rzeczy które muszę kupić. Wiedziałem już, że to musi być właśnie ten piesek z Żyrardowa. Nie znałem się kompletnie na rasach i połączenie Teriera Rosyjskiego i Cane Corso niewiele mi mówiło. Przejrzałem zdjęcia jednych i drugich, ale nie napotkałem na nic niepokojącego. Być może gdybym więcej postudiował na temat takiego połączenia, nie zadzwoniłbym z pytaniem o pieska.

Gdy wstały dzieciaki, stała się fajna rzecz – Ala przyszła do mnie i zapytała: „Tata, to kiedy w końcu będziemy mieli pieska?” Zupełnie jakby wiedziała, że od kilku dni biję się z myślami, planuję, zastanawiam i ostatniej nocy podjąłem decyzję. Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem: „Zabawne że o to pytasz akurat dzisiaj. Piesek pojawi się w naszej rodzinie szybciej niż myślisz.” Szczęśliwa Ala wiedziała już, że to będzie tego dnia.

Po śniadaniu wyruszyłem jak niby nigdy nic do pracy. Ponieważ są wakacje, więc zarówno dzieciaki jak i moja żona (która pracuje jako nauczycielka – i wychodzi od września do czerwca) są w domu. W związku z tym częściej niż zwykle pracuję poza domem. Minusem tego okresu jest to, że mniej zajmuję się domem, mniej doglądam pewnych rzeczy, ale ogromny plus to moje nowe miejsca pracy – kawiarnie, ogrody i parki, w tym moje ukochane Radziejowice w których praca staje się czystą przyjemnością i jednym wielkim spacerem. Zawsze śmialiśmy się z Ewą, że Radziejowice to takie Łazienki Królewskie, tylko bez ludzi. I, z jednej strony nie chciałbym aby się to zmieniło, ale i tak namawiam każdego aby odwiedził to przepiękne miejsce. Ruszyłem więc do pracy. Dzień zaplanowałem w ten sposób, aby na początku załatwić wszystkie palące problemy w pracy a potem udać się na zakupy przygotowujące do adopcji pieska. Zacząłem od rozmowy z facetem z ogłoszenia. Dowiedziałem się, że pozostały mu już tylko dwie suczki a koszt ich adopcji wyniesie 100 zł. Co?!? Płacić za psa? NIe o to chodziło, ale byłem już zakochany w piesku ze zdjęcia, więc szybko podjąłem decyzję, że pojadę przynajmniej obejrzeć. Umówiliśmy się na 15-tą. Następne kilka godzin poświęciłem już na pracę.

Bałem się podróży. Psy nie lubią jeździć samochodem, a co dopiero małe szczeniaczki, które nawet tego nie znają – myślałem, że to będzie trudne. Szczególnie, że wszystko robiłem sam i nie nie było ze mną nikogo, kto mógłby w czasie drogi do domu trzymać pieska na kolanach. Nie chciałem angażować w to reszty rodzinki – dodatkowe nerwy i emocje nie były potrzebne.

Odwiedziłem kilka sklepów, kupiłem podkłady na fotel (aby szczeniaczek nie zabrudził samochodu), specjalny kocyk (aby było miękko i wygodnie), jedzenia dla malucha na początek i kilka drobiazgów, które większość z Was pewnie nazwałby niepotrzebnymi gadżetami. Stres narastał, zbliżała się umówiona z facetem od pieska godzina.

Był dość ciepły dzień. Całą drogę do Żyrardowa zastanawiałem się, czy lepsza dla szczeniaczka będzie klimatyzacja czy otwarte okno. Być może wyda Ci się to bzdurnym problem, ale pamiętam, że ja całą drogę o tym myślałem. Postanowiłem schłodzić samochód a gdy piesek do niego wsiądzie (heh), pozostać już tylko przy otwartych oknach. Na miejsce przybyłem sporo wcześniej. Gdy podjechałem, moim oczom ukazała się wielka, rudo-zielona, zardzewiała, blaszana brama. Odgradzała od ulicy ogromny, mocno zniszczony i zaniedbany dom. Całość wyglądała tragicznie. Na podwórku były niezbyt przyjaźnie nastawione psy, które na mój widok wpadały w szał. Zupełnie jakby chciały powiedzieć: „spadaj stąd, nie oddamy Ci naszego szczeniaka.”

Gdy facet wyszedł przez bramę, oznajmił, że może lepiej będzie jeżeli wyniesie te dwa pieski – jeden po drugim – na ulicę, bo jego psy (te niezbyt przyjaźnie nastawione) nikogo nie wpuszczają do środka. „Chyba niezbyt często masz gości facet” – pomyślałem, ale jednak mi ulżyło. Nie lubię obcować z obcymi psami. Po chwili oczekiwania wyszedł z pierwszą suczką. Trzymał ją na rękach jak worek ziemniaków, zupełnie bez emocji, nie bardzo chciał postawić aby nie uciekła. Gdy ją zobaczyłem, zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Była tragicznie brudna, zaniedbana, wychudzona i zapchlona. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale miała przesłodkie oczka.

Staliśmy na środku chodnika. To było dość dziwne. Facet pokazywał mi ją z każdej strony zupełnie jakby sprzedawał używany telefon. Nie byłem zainteresowany prezentacją. Patrzyłem jej w oczy i szukałem odpowiedzi na pytanie: „Spróbujemy? Zaufasz mi?”.

Po chwili powiedział, że „to jest właśnie jedna, a zaraz przyniosę drugą do obejrzenia”. Gdy wypowiedział to zdanie wiedziałem już – jedziemy do domu! „Zaraz, chwila – krzyknąłem – niech Pan nie idzie. Po co mi Pan chce pokazać drugą? Mam je porównywać jak stare samochody? Sprawdzać, która ma ładniejsze łapy czy uszy? Jestem zdecydowany.” Chyba nie mógłbym patrzeć na dwa małe pieski i wybierać z nich jednego – miałbym wziąć tego radośniejszego? Czy raczej smutnego? Patrząc na obydwa psy, pewnie musiałbym zabrać do domu obydwa a tego chciałem uniknąć. Los sprawił, że jeden z nich wyszedł z tej zielonej bramy jako pierwszy i to właśnie on jest mi pisany. Szybko podjąłem decyzję i poinformowałem o tym faceta. „Proszę posadzić ją tutaj na przednim siedzeniu. Jestem zdecydowany.” Usłyszałem tylko na koniec „będzie Pan z niej zadowolony”, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu które towarzyszyło mi od pierwszego momentu gdy podjechałem pod tą tragiczną bramę: co by się dalej nie działo, pies będzie miał u mnie sto razy lepiej niż w tej ruderze.

Podróż nie należała do najłatwiejszych. Było bardzo gorąco, a ja zgodnie z postanowieniem nie planowałem włączać klimatyzacji. Jechaliśmy z otwartymi do połowy oknami. Przez pierwsze kilka kilometrów głaskałam tego malucha po główce, co sprawiało, że siedział spokojnie. Gdy w połowie drogi zerknąłem na swoją dłoń, przeraziłem się – była czarna od brudu. Nie mogłem jednak przestać głaskać. Za każdym razem gdy to robiłem, ten mały piesek spoglądał na mnie z wielkim smutkiem w oczach i zupełnie jakby chciał zapytać: „Dlaczego już nie głaszczesz? Głaszcz! Głaszcz!”.

Dojechaliśmy do domu. Nie było moich dziewczyn – ucieszyłem się, musiałem trochę przygotować dom na nowego członka rodziny i sam lekko ochłonąć.

Imię. Muszę Cię jakoś nazwać, prawda? Facet z zielonej bramy, gdy zapytałem o imię pieska, powiedział że jeszcze go nie ma a gdy coś od niej chciał, to wołał „łaciatka”. Taa, akurat – pomyślałem wtedy. Nie był do końca przekonany czy to właśnie ten piesek był „łaciatką” czy może ten drugi… Czyli nie miała imienia. Jak by tu Cię nazwać? „Jak chcesz się nazywać?” – zapytałem. Patrzyła na mnie tylko swoimi smutnymi oczami. Nie mogłem się dziwić. Godzinę wcześniej ktoś zabrał ją od matki i wrzucił do jakiegoś dziwnego jeżdżącego urządzenia.

„Będziesz Lili. To ulubione imię Amelki, zawsze je powtarza jak pytam jak chciałaby nazwać swojego pieska. Może dzięki temu łatwiej będzie nam wszystkim się zaaklimatyzować i polubić.”

Zabrałem z samochodu kocyk na którym jechała i położyłem w obmyślonym wcześniej miejscu w domu – tu miało być posłanie dla pieska a znajomy kocyk miał ułatwić sprawę. Jednak Lili postanowiła wybrać sobie zupełnie inne miejsce. Schowała się w małym koncie przy drzwiach, podkuliła ogon i nie miała zamiaru się z tamtąd ruszać. „Ok, masz prawo wybrać sobie dowolny kąt w tym domu” – pomyślałem. I w tym momencie zrozumiałem, że w naszej rodzinie pojawił się ktoś nowy. Ktoś, kto wywróci nam wszystko do góry nogami. Ktoś, kto będzie musiał się do nas przyzwyczaić, ale i do kogo my będziemy musieli się dostosować. Przed oczami zaczęły mi się pojawiać te wszystkie miejsca z tabliczką „zakaz psów”, których nigdy więcej nie odwiedzimy. Ten jeden moment, w którym Lili wybrała sobie swoje własne miejsce w domu uświadomił mi jak wielka odpowiedzialność na mnie spoczęła w momencie gdy powiedziałem „Jestem zdecydowany”.

Ok, Huston mamy problem. Lili ma pchły. To nie spodoba się ani Ewie ani dzieciakom. Trzeba coś z tym zrobić. Tylko co? Z weterynarzem muszę już chyba poczekać do jutra. Więc chyba pozostał mi sklep z artykułami dla zwierząt – może tam pomogą. Ale jak to zrobić? Pies w domu, ja do sklepu? Nie chciałem jej ciągnąć ze sobą, i tak miała tego dnia sporo stresu. Dobra – szybka decyzja, piesek zostaje sam, a ja pędzę.

Sklep z artykułami dla zwierzaków był ogromny. „Jej, przez najbliższe lata zostawię tu fortunę” – pomyślałem. „I gdzie ja tu mam cokolwiek znaleźć? Ten sklep jest ogromny, a ja potrzebuję tylko szamponu dla psów. Tylko dobrego, który wyleczy Lili z pcheł.” Po kilku minutach bezskutecznych poszukiwań postanowiłem poprosić o pomoc. Czułem, że chyba wiele razy będę musiał prosić ludzi o pomoc – przecież niewiele wiedziałem o wychowaniu psa. Intuicja to jedno, ale potrzebna jest wiedza. Na szczęście w takich sklepach jest zawsze więcej osób z obsługi niż kupujących. W wyborze szamponu pomagały mi więc aż dwie osoby. Kłóciły się ze sobą, który szampon będzie lepszy. „Ten jest mniej chemiczny”, „Ale ten skuteczniejszy”, „Ten dla szczeniaka”, „A ten tańszy”. Jej, dobra, decyzja.

Powrót. „Lili, jesteś?”. Była oczywiście, gdzie niby miała iść? Tak już będzie zawsze. Ona już zawsze będzie!

Długo musiałem czekać na powrót dziewczyn. Te młodsze były zachwycone – „Tato, na prawdę przywiozłeś pieska?”, „Ona już z nami zostanie?”. Ewa za to nie tryskała optymizmem – tak jak ja zdawała sobie sprawę ze zmian jakie będą potrzebne w naszym życiu. O ograniczeniach jakie nas czekają, o odpowiedzialności.

„Dobra dziewczyny, idziemy kąpać Lili bo jest strasznie brudna i ma mnóstwo pcheł.” Tylko jak to zrobić? Na szczęście jest YouTube. Problemem tak na prawdę nie było to jak się kąpie psa, tylko jak to zrobić aby pies nie zwariował. Znalazłem odpowiedni film, przeanalizowaliśmy go wspólnie z córkami i przystąpiliśmy do działania! Ala była odpowiedzialna za przekąski, którymi mieliśmy uspokajać Lili, Amelka miała trzymać ręcznik, ja zająłem się resztą.

Poszło dość łatwo. Okazało się, że rady z YouTuba bardzo się przydały i Lili jakoś zniosła kąpiel. Co ciekawsze, okazało się, że nasza suczka jest czarna a nie szara! Przepraszam, raczej „czarna, a nie brudno-szara”. Kąpiel dobrze jej zrobiła, choć przez kolejne 15 minut siedziała wtulona we mnie na kolanach lekko oszołomiona tym co się przed chwilą wydarzyło. Dobrze, że mamy lato – pomyślałem – w zimę nie pójdzie tak gładko.

Mój kolejny dzień rozpoczął się koło 5 rano. Jeżeli zaglądasz czasem na mojego bloga to wiesz, że jest to dla mnie dość późna godzina. Staram się wstawać godzinę-półtorej wcześniej. Jednak naładowany emocjami z dnia poprzedniego, tym razem się nie udało.

No tak, nasikała na podłogę. Chyba muszę się do tego przyzwyczaić. Choć Lili umiała załatwiać się na dworzu, poprzedniego dnia wieczorem nikt jej nie wyprowadził – co więc miała zrobić? Skorzystać z łazienki? Wtedy uświadomiłem sobie kolejną rzecz – chyba będę musiał zmienić swoje pory chodzenia spać i wstawania. Przesunąć czas spania na trochę poźniej. Aby późnym wieczorem wyjść z pieskiem na spacer a potem nie budzić jej „w środku nocy”. Musiałem trochę dostosować się do Lili.

„Lili? Co to za imię? Ty totalnie nie wyglądasz jak Lili. Muszę znaleźć Ci inne imię. Albo raczej odnaleźć takie, które do Ciebie pasuje.” Na szczęście jest internet (znowu), a w nim baza pięciu milionów imion dla psów.

Mika. Nazywasz się Mika. Może być?

Kolejne kilka dni spędziliśmy na przyzwyczajaniu się do siebie. Mika powoli oswajała się z nowym domem i naszą rodziną, my uczyliśmy się jej trybu życia i psich nawyków. Po dwóch dniach wiedziałem już, że minie sporo czasu, zanim moje małe dziewczyny w pełni zaufają pieskowi. Nie chciały się do tego przyznać, ale widziałem że są momenty, w których nie ufają Mice i wolą szybko odejść z lekkim przerażeniem w oczach. Spodziewałem się tego – był to również jeden z powodów dla których tak chciałem mieć pieska – moje małe dziewczyny panicznie bały się psów i była to jednocześnie dla nich terapia.

Ala szybko chłonęła wiedzę na temat wychowania i obcowania z psami. Widziałem jak powoli przełamywała swój strach – drugiego dnia mogła już pogłaskać Mikę po nosku i dać się obwąchać. Amelka trochę gorzej sobie radziła, ale nigdzie nam się nie spieszyło. Sprawy szły w dobrym kierunku.

Nadszedł dzień zaplanowanego dużo wcześniej wyjazdu dziewczyn do babci. Wakacje to fajny okres dla dzieci i rodziców-nauczycieli. Moje córki i żona zawsze dobrze wykorzystują ten czas. Zostałem sam z Miką. Czekało mnie sporo wyzwań. Mika była już po kilku wizytach u weterynarza, odrobaczaniu, czyszczeniu, szczelinach, konsultacjach… Dawaliśmy radę. Kolejne wyzwanie polegało na tym, że musiałem zostawić Mikę na pół dnia samą w domu. Ten test przebiegł nadzwyczaj dobrze. Piesek nie zdemolował nam niczego, załatwił się w prawdzie raz na podłodze – ale czego innego mogłem oczekiwać po 2 i pół miesięcznym szczeniaku, który został sam w domu na pół dnia? Test się udał. Przede mną było jednak większe wyzwanie. Zbliżał się mój 2-dniowy wyjazd służbowy. Tym razem nie mogłem zostawić Miki samej w domu, a i zabranie jej ze sobą nie wchodziło w grę. Miałem do wyboru dwie opcje: 1. poprosić kogoś z rodziny o pomoc w opiece nad pieskiem, 2. hotelik dla psów.

Jej, dopiero kilka dni Mika jest z nami a ja już muszę mierzyć się z takimi problemami. Szybki research – i znalazłem 3 hoteliki (dla psów) blisko naszego domu. Zaskakująco blisko nas. Nie chciałem obarczać Miką nikogo z rodziny – szczególnie, że wiązałoby się to pewnie z jakąś podróżą, tłumaczeniami a na końcu (pewnie słusznymi) pretensjami i garścią rad. Hotelik był dobrym rozwiązaniem. Z wytypowanych trzech, udało mi się umówić na spotkanie w jednym. Facet, który prowadził ten hotel nazywał sam siebie „zoopsycholog”. I jakkolwiek dziwnie to brzmi, po krótkiej rozmowie z nim, myślę, że zasłużył sobie na to określenie, choć nasza pierwsza rozmowa dość mocno mnie zdołowała.

Na wizytę oględzinową, postanowiłem pojechać bez Miki. Wiedziałem już, że doskonale sobie daje radę sama w domu, więc nie miałem problemu z wyjściem. Pojechałem.

Gdy zadzwoniłem specjalnym dzwonkiem na bramie, otworzył mi dziwnie wyglądający facet. Widząc kogoś po raz pierwszy zazwyczaj oceniamy go po wyglądzie, szufladkujemy. Oceniamy po okładce. To normalne. Widzimy też od razu, czy my przypadliśmy danej osobie do gustu. Ja jednak nie mogłem w żaden sposób rozgryźć tego faceta. Ciężko mi też było zorientować się co o mnie pomyślał.

  • Ile lat ma pies?
  • To mała suczka, koło 10 tygodni
  • O, faktycznie mała. Na jak długo Pan chce ją zostawić?
  • 1 dzień
  • To nic z tego, niestety. Za krótko, nie wezmę jej, taki czas powoduje, że psy nie zdążą się przyzwyczaić do miejsca w którym przebywają, są potem zestresowane i źle im się takie miejsce kojarzy. 1 dzień to za krótko, niestety, do widzenia.
  • …………….

Ooo. Tego się nie spodziewałem. Ale to dobrze – dowiedziałem się przynajmniej czegoś wartościowego o wychowaniu psa. Niby logiczne, ale nie pomyślałem o tym wcześniej.

  • Niech Pan chwilkę poczeka, właściwie to są dwa dni. Tak, Mika może zostać dwa dni. Czy taki okres będzie już odpowiedni na początek?
  • 2 dni? Dobrze, to już ma jakiś sens. Jeżeli pies ma się przyzwyczaić do danego miejsca, nie można zostawiać go zestresowanego i odbierać zanim jeszcze zdąży się odprężyć.
  • Dobra rada, będę o tym pamiętał.
  • Jaka to rasa?
  • Mieszaniec. Pół terier rosyjski a pół cane corso.
  • Miał Pan już psa? Czy to Pana pierwszy?
  • Pierwszy.
  • U, to nie poradzi Pan sobie, przykro mi.
  • ……………

„Co tu się dzieje???” – pomyślałem. Ładnie mnie podsumował. Nie zamierzałem się jednak poddawać. Nie w tamtym momencie.

Okazało się, że facet z którym rozmawiam zna się na swojej robocie. I zna się na psach. Dostałem ogromną dawkę wiedzy na temat tych dwóch ras, elementów jakie suczka może odziedziczyć po mamie a jakie po tacie. Facet bardzo dokładnie opisał mi jaka Mika jest teraz i jaka będzie gdy dorośnie. Uświadomił mi również w jak ważny okres teraz wstępuje. Najbliższe tygodnie wychowania miały zaważyć na całym jej przyszłym życiu (i również całej naszej rodziny w związku z tym).

  • Mika będzie upartym psem. Jeżeli jednak poświęci Pan najbliższe miesiące na jej wychowanie – będziecie z nią mieli bardzo fajnie. Będzie wspaniałym obrońcą i przyjacielem rodziny. Ale potrzeba czasu aby wszystkiego się nauczyła.

To była petarda! Jak zaoczne studia w trybie mega-przyspieszonym. Przez chwilę zastanowiłem się, czy nie powinienem zapłacić za całą tą konsultację. Widziałem też, że to opowiadanie sprawiło mu sporą satysfakcję i radość. Widziałem, że jest odpowiednią osobą na właściwym miejscu. Wiedziałem też, że mogę powierzyć mu Mikę.

Dwudniowy wyjazd pozwolił mi jeszcze raz przemyśleć sytuacje domową. Sprawy nie wyglądały dobrze. Przede mną kolejny, prawie dwutygodniowy służbowy wyjazd i decyzja co zrobić z Miką. Opcje były cztery: zostawić ją w domu z moimi dziewczynami, zostawić ją ponownie w hotelu dla psów, poprosić o pomoc kogoś znajomego albo zabrać ją ze sobą.

Szybko wykluczyłem ostatnią opcję – nie było szans, aby Mika pojechała ze mną. Pierwsza możliwość również nie była dobrym rozwiązaniem, moje dziewczyny nie były gotowe na dwutygodniowy, samodzielny pobyt z Miką. Dzieciaki wciąż nie do końca ufały pieskowi, potrzeba było czasu. Zostały mi dwie możliwości. Ale żadna z nich nie była dobra. Zacząłem się zastanawiać… a co, jeżeli będę miał więcej podobnych wyjazdów? W mojej pracy robię przecież wiele aby tak właśnie było. Co wtedy będzie z Miką? Nawet jeżeli tym razem zostanie w hotelu dla psów, czy chcę za każdym razem ją tam wozić? To nie ma sensu.

Kolejne dwa dni biłem się z myślami. Analizowałem wszystkie za i przeciw. Tak, mogłem to zrobić zanim pojechałem po nią na samym początku, jednak wiedziałem że skoro nie zrobiłem tego wcześniej, to teraz jest ostatni moment na tego typu przemyślenia.

W międzyczasie bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Okazało się, że Mika polubiła wczesno-ranne wstawanie i równie wczesne chodzenie spać. Uczyliśmy się chodzić na spacery, zobaczyłem również, że Mika może być wspaniałym kompanem do biegania. Dogadaliśmy się również z podłogą – Mika przyjęła ostateczne ustalenia że służy ona wyłącznie do chodzenia a nie sikania. Było coraz fajniej. Wiedziałem, że decyzję o tym co dalej muszę podjąć natychmiast.

Pierwszego dnia, gdy przywiozłem Mikę do domu, zrobiłem kilka zdjęć i wrzuciłem na Facebooka. Usłyszałem kilka miłych słów (komentarzy) na temat mojego szczeniaczka. Było też kilka rad – jedna aby kupić drabinę, bo Mika będzie ogromna. Nie przestraszyło mnie to – początkowo chcieliśmy małego pieska, ale skoro los przysłał nam olbrzyma… no cóż, z losem się nie dyskutuje.

Ten wpis na Facebooku… siedział mi w głowie. Był decyzją którą podjąłem pierwszego dnia. Decyzją o tym, że Mika będzie z nami. Czy można zmienić decyzję?

Wieczorem decyzja została usunięta. Usunąłem decyzję. To znaczy usunąłem wpis, było to jednak dla mnie jednoznaczne z podjęciem kolejnej decyzji. Trudnej, ale taką, którą musiałem podjąć. Chciałem taką podjąć.

Nie musiałem nawet robić nowych zdjęć, te co miałem wspaniale oddawały to jakiego słodziaka mam do oddania. „Do oddania”. Okropnie to brzmi. Szukałem jej domu, lepszego niż hotel dla psów raz na dwa miesiące. Wybrałem tą samą drogę, którą ja znalazłem Mikę – OLX.

Od momentu publikacji minęło dopiero kilka godzin a do mnie już jechała rodzina zainteresowana adopcją Miki. Wow, ale szybko! Ale z drugiej strony kto by nie chciał takiego słodziaka?

Mieliśmy godzinę, może półtorej. Jej, nie spodziewałem się, że to będzie tak szybko. Rzuciłem wszystko i postanowiłem spędzić ten czas tylko z Miką. Najpierw szybki obiadek – aby była najedzona przed podróżą. Tylko nie za dużo, bo jednak podróż… Potem spacer. Ostatni nasz spacer. Nie był długi, Mika zatrzymała się 50 m od domu i nie chciała dalej iść. Dwa psy szczekały z zza bramy i zwyczajnie bała się dalszej drogi. Postaliśmy sobie na środku drogi kilka minut i wróciliśmy do domu. Spacerów się dopiero uczyła, ale nasze podwórko już dobrze znała i uwielbiała się na nim bawić. Resztę naszego czasu spędziliśmy na zabawie w ogrodzie. Lubiła to, ja również. A wiedziałem, że w naszym domu tylko ja mogłem się z nią tak bawić, moje dziewczyny jeszcze długo nie otworzyły by się tak przed Miką. To wymagałoby sporego zaufania. Mika biegała za mną po podwórku – bawiliśmy się jak dzieci.

Byliśmy umówienia około godziny 18. Postanowiłem więc, że pół godziny wcześniej pozwolę Mice się wyciszyć. Czekało ją jeszcze sporo emocji tego dnia.

Z samochodu, który podjechał pod bramę, wysiadły 3 osoby. Rodzice i, na oko 13-14 letni, syn. Cała rodzina. To dobrze – pomyślałem – całą rodziną podejmą się opieki nad Miką, to dużo lepsze rozwiązanie niż to, które ja wybrałem. Jednak Mika z dzisiaj to zupełnie inny pies, niż ten którego ja zabrałem od faceta z zielonej bramy. Jest czysta, nie męczy się z pchłami i innymi robakami, jest radosna, najedzona..

Gdy weszli do środka, Mika od razu do nich poleciała. Merdała ogonem. Zupełnie jakby wiedziała kto przyszedł. Po chwili wróciła jednak do mnie zawstydzona. Usiadała i czekała na moją decyzję.

„Oddajesz mnie czy nie?” – pytała swoimi wielkimi oczami.

Jeszcze nie byłem pewny. Nie wiedziałem, czy akurat ta rodzina może zająć się Miką. Rozmawialiśmy. Opowiedziałem im całą historię pieska. Od początku, ze wszystkimi szczegółami.

  • Nie szkoda Panu? – zapytała kobieta.

W naszej rozmowie było sporo emocji. Widzieli, że zdążyłem już pokochać tego szczeniaczka. A ja zobaczyłem, że i oni są w stanie go pokochać. Przyszła pora decyzji. Mama z synkiem byli zdecydowani. Decyzja należała jednak do ojca. Zastanawiali się, czy dadzą radę. Takie ostatnie wątpliwości przed poważną decyzją. Mądre i zdrowe.

  • Proszę się dobrze zastanowić – poprosiłem – Mika już swoje przeszła i potrzebuje teraz rozsądnej decyzji i stabilizacji.

Po kilku minutach Mika siedziała już na rękach ich syna. Ucieszyłem się. Wiedziałem, że minęłoby kilka miesięcy, zanim Ala albo Amelka odważyłby się wziąć Mikę na ręce. A i bardzo możliwe, że Mika wtedy byłaby już za ciężka aby ją podnosić.

Facet zostawił mi wizytówkę.

  • Gdyby chciał Pan kiedyś zobaczyć co u niej, proszę śmiało dzwonić.

Podziękowałem, ale już wtedy wiedziałem, że nigdy nie zadzwonię. Nie mógłbym.

Oddałem im wszystkie rzeczy Miki. To była szybka wyprowadzka.

Gdy wychodzili, powiedziałem jeszcze jedną rzecz:

  • Pamiętajcie, nazywa się Mika, ale jeszcze jest na tyle młoda, że…
  • …tak, wiem, jeszcze możemy zmienić. Jeszcze jest młoda. Do widzenia. – dokończył za mnie facet, zupełnie jakby chciał powiedzieć: „oczywiście, że zmienimy jej imię”.

W tym momencie zrozumiałem co się właśnie stało. Mika odeszła, zostałem sam.

Moja przygoda z Miką trwała 10 dni.

Czy żałuję?

Staram się nigdy nie podchodzić w ten sposób do spraw. Życie to decyzje i nie chcę nigdy żałować żadnej z nich. Podjąłem jedną – że biorę Mikę, a potem drugą – że ją oddaję. Dwie decyzje. Gdybym nie podjął żądnej z nich, Mika mogłaby dalej mieszkać za zieloną bramą. A może szybciej trafiłaby do tej właściwej rodziny? A może ta rodzina, która wzięła ode mnie Mikę, znalazłaby to samo ogłoszenie co ja, pojechałby do Żyrardowa, zobaczyła ją całą brudną, wychudzoną i zapchloną i nie wzięliby jej w takim stanie..? Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Cieszę się, że mieliśmy te 10 dni, że po naszym domu biegał w tym czasie piesek. Była to ważna lekcja dla mnie, ale i dla całej naszej rodziny.

Jak nie pisać na blogu

Jak nie pisać na blogu

To już z kolejny dzień, w którym siadam przed czystą kartką papieru i nie potrafię jej zapisać. Może coś mi przeszkadza? Zrobiłem jakiś błąd? A może wcale nie chcę pisać?

Tak na prawdę nie ma ani kartki ani papieru, jest iPad i pusta strona w Ulysses. Narzędzia nie mają jednak większego znaczenia, próbowałem na kartce, na komputerze, telefonie… Nie udaje się. I zastanawiam się dlaczego. Wydaje się, że tym razem zrobiłem już wszystko jak trzeba. Biurko jest pięknie wysprzątane, na nim tylko iPad, klawiatura, lampka, kubek z kawą i iPhone. Wszystko niby do siebie pasuje, nic nie powinno odwracać mojej uwagi. Nawet czas jest odpowiedni: 5 rano – idealna godzina. Poranny rytuał wykonany w stu procentach, smaczne śniadanie, medytacja, pamiętnik, pompki też zrobiłem.

A jednak słowa nie chcą płynąć. Być może muzyka w słuchawkach jest zła? O, wiem – kubek. Tak, to z pewnością wina kubka! Gdy poranną kawę przygotowywałem w starym, zielonym kubku, wszystko szło jak po maśle. Siadałem i pisałem. Od kiedy się zbił, pisanie nie przychodzi już tak łatwo. To musi być to. Wszystko jasne, muszę kupić nowy, ulubiony kubek.

Kolejny dzień. Jestem już po porannym rytuale. Jak zwykle.

Dzisiaj chyba trzeba zrobić porządek w Evernote. Albo zaległy przegląd tygodnia w Thingsach. To może przynajmniej zaplanuję porządnie dzień – przecież później może nie być na to czasu. A dopiero potem usiądę do pisania. Kończę kolejny raz zastanawiając się co dalej robić – bez przemyśleń, tekstu, dalszego planu. Może jutro się uda.

Dwa tygodnie później.
Wczoraj wróciliśmy z wakacji. Jak zwykle w takich sytuacjach – nie ma świeżego mleka w lodówce, nie ma kawy w kubku, w domu bałagan, w głowie wspomnienia. A jednak siedzę i piszę. Wstałem godzinę wcześniej niż zwykle – łatwo poszło. Miałem nadrobić pracę, a jednak usiadłem do pisania.

Tym razem zrobiłem wszystko tak jak trzeba. Wymówki zostawiłem za sobą.

O! Napisałem wpis!

Poranne zwyczaje z których musisz jak najszybciej zrezygnować

Poranne zwyczaje z których musisz jak najszybciej zrezygnować

Jeszcze niecałe trzy lata temu każdy poranek był dla mnie koszmarem. Budzenie się to był jakiś horror. Otwarciu oczu towarzyszył lęk i strach. Podrywałem się zawsze z wielkim zdenerwowaniem, chcąc sięgnąć do wyjących od godziny budzików. Pierwsze trzy alarmy i tak były nieskuteczne. Wracałem po nich do łóżka i w najlepsze dalej spałem. Gdy byłem sam w domu, potrafiłem w ten sposób zaspać nawet i kilka godzin. Nie pomagało ustawianie kilku różnych budzików czy zmiana sygnału alarmów. I nawet gdy już udało mi się w końcu podnieść z łóżka, dalej robiłem wszystko źle. Brak jakiegokolwiek planu, zdrowych nawyków, poprawiających samopoczucie rytuałów – nie dawałem sobie nawet drobnej szansy na udany początek dnia. Zwlekałem się tylko szybko do kuchni, aby zjeść cokolwiek i udać się z byle jaką kawą na pobudzającego papierosa. Potem łyk coli i szybko do pracy. Po drodze może jeszcze jakieś śniadanie na mieście, coś na szybko. Koszmar. Szczerze nienawidziłem pierwszej części dnia. A jaki poranek taki cały dzień. I całe życie.

Mroczne czasy. A przecież praktykowałem to przez wiele lat. I czasem ciężko jest mi uwierzyć, że udało mi się odmienić wszystko o 180 stopni. Dzisiaj każda minuta mojego poranka jest na wagę złota. Budzi mnie jeden, cichy budzik, obok którego stoi przygotowana poprzedniego dnia butelka z wodą. Zaraz potem jestem już w łazience i krok po kroku realizuję plan poranka. Mycie twarzy, zębów, waga… wszystko według kolejności. Gdy skończę w łazience, czeka już na mnie przygotowane dzień wcześniej ubranie. Szybkie spojrzenie na pogodę w iPhonie, tweet na dzień dobry i do kuchni. Włączam tylko światło i siadam do medytacji. Następnie kilka zdań do dziennika i 15 pompek, podczas których słucham dwóch odcinków, codziennych newsowych podcastów ze świata technologii – Subnet i Daily Tech Headlines. Potem jest śniadanie, po nim poranna kawa i blog. Kocham ten czas.

A jakie są Twoje poranki? Zaliczasz je do przyjemnych części dnia? Jeżeli nie, być może warto nad tym popracować?Proponuję, abyś zaczął od listy rzeczy, których robić z rana nie powinieneś. Przygotowałem ich dla Ciebie 6:

Jeszcze 5 minut

Chyba nie muszę wyjaśniać o co chodzi, prawda? To chyba najczęściej wypowiadane z rana zdanie. Znasz to? Ja znam bardzo dobrze. I wiem, że do niczego dobrego nie prowadzi, co najwyżej do kolejnej 5-minutowej godziny nieplanowanego leniuchowania. Zamiast dodatkowej drzemki, która może popsuć cały poranek, polecam Ci, zaraz po przebudzeniu i wyłączeniu budzika, usiąść na łóżku i przez te same 5 minut posiedzieć. Dzięki Twój organizm rozbudzi się na tyle, aby podjąć właściwą decyzję i ruszyć do łazienki 🙂

Słodzone napoje zamiast wody

Od kiedy wprowadziłem zwyczaj wypijania małej butelki wody zaraz po przebudzeniu, poranne wstawanie stało się o wiele przyjemniejsze. Już kilka minut po otwarciu oczu jestem rozbudzony a mój organizm odpowiednio nawodniony. Jeżeli nie masz zwyczaju picia wody z samego rana – spróbuj, efekty tego małego kroku mogą Cię bardzo pozytywnie zaskoczyć. Jeżeli jednak zamiast wody, wstajesz i sięgasz po słodzone napoje, wiedz, że wyrządzasz swojemu organizmowi ogromną krzywdę. Lista negatywnych skutków spożywania takich napojów jest długa, a picie ich z samego rana jeszcze je zwielokratnia. Dotyczy to również napojów typu „zero”, które mimo iż nie zawierają cukru, również nie są bezpieczne. Nie podnoszą może poziomu glukozy, ale słodzone są słodzikami zawierającymi Aspartam, którego spożywanie sprzyja między innymi chorobom serca i nowotworom.

Pomijanie porannych ćwiczeń

Poranne ćwiczenia pobudzają metabolizm, spalanie kalorii i zwiększają naszą produktywność. Pomagają pokonać poranne ziewanie i naładować się pozytywną energią. I mogą w tym wyśmienicie zastąpić kawę, po którą nie warto sięgać zaraz po przebudzeniu. Jeżeli nie masz w zwyczaju rano biegać czy chodzić na siłownię, możesz zacząć od kilku prostych przysiadów i pompek, stopniowo zwiększając intensywność i różnorodność ćwiczeń. Aż dojdziesz swojego optymalnego zestawu. Ja uwielbiam biegać, pływać i uprawiać inne sporty, jednak na sam początek dnia wystarczy mi właśnie wykonanie 15 pompek.

Papieros z rana

Pamiętam, gdy jeszcze paliłem, zawsze pilnowałem się, aby nie zapalić pierwszego papierosa przed śniadaniem. W tamtym czasie wydawało mi się to już skrajną nieodpowiedzialnością (ale po śniadaniu już było ok – to dopiero odpowiedzialność). Teraz wiem, że palenie papierosa przed zjedzeniem śniadania sprawia, że w organizmie pozostaje więcej nikotyny, niż u osoby, która pali po porannym posiłku. Jeżeli palisz, najgorszy poranek jaki możesz sobie sprawić, to papieros w zestawie z kubkiem kawy przed śniadaniem.

Deser zamiast śniadania

Oczywiście nie chodzi tylko o zajadanie się sernikiem czy szarlotką z rana. Pisząc deser mam na myśli wszystko co zawiera duże ilości cukru. Zaliczają się do tego zarówno popularne, ale słodkie płatki śniadaniowe, jak i muffiny, wysoko słodzone dżemy, czy znana wszystkim dzieciom nutella. Warto za to sięgnąć po płatki kukurydziane, kasze manną na mleku podaną na przykład z owocami, czy grahamkę z twarożkiem i papryką. Takie śniadanie dostarczy Ci odpowiednią dawkę energii, aby dobrze rozpocząć dzień.

Najadanie się na cały dzień

Jeżeli na śniadanie pochłaniasz górę jedzenia i próbujesz w ten sposób zastąpić wszystkie inne posiłki w ciągu dnia – robisz sobie po prostu krzywdę. Śniadanie jest bardzo ważnym posiłkiem, głównie dlatego że jest pierwszym. Nie oznacza to jednak, że może być jedynym – nie powinieneś pomijać pozostałych posiłków. Warto zjeść wartościowe, ale niezbyt obfite śniadanie. Zrównoważona dieta zakłada, że powinieneś jeść od trzech do pięciu posiłków dziennie. Ja pierwsze śniadanie spożywam gdy wstanę, drugie jem kilka godzin później z żoną i córkami.

Jeżeli popełniasz rano błędy, które tu opisałem – na początek skup się na ich wyeliminowaniu. Następnie zachęcam Cię do przeczytania mojego wcześniejszego wpisu z porcją porannych porad. O swoich postępach w budowaniu perfekcyjnego poranka koniecznie powiadom mnie w komentarzach do tego wpisu 🙂

Powodzenia! Trzymam za Ciebie kciuki.

Gry i Twój smartfon

Gry i Twój smartfon

Gry jako sposób na pozbycie się stresu? Tak! I piszę to, pomimo faktu, że staram się omijać je szerokim łukiem. Po części dlatego, że wiem jak bardzo są skuteczne w odwracaniu uwagi od codziennych spraw. Preferuję inne formy spędzania wolnego czasu. Znalazły się jednak w mojej biblioteczce z aplikacjami pozycje, które chciałbym Wam polecić – właśnie z kategorii gry. Zabrały one kilka cennych godzin mojego życia i nie żałuję żadnej z nich!

 

Limbo

Kto lubi chodzić do kina ręka w górę. Ja uwielbiam. A pierwsza z gier, które dla Ciebie wybrałem jest jak najlepszy film w kinie.

Zazwyczaj nie szukam i nie instaluję gier na iPhonie – przeciwnie, unikam ich. Nie przeglądam zakładki „gry” w App Store, nie patrzę na nowe promocje tych pozycji, nie słucham recenzji. Totalnie nie mam więc pojęcia co skłoniło mnie do instalacji Limbo – być może ciekawa ikona, przypadkowo obejrzany film promocyjny w App Store? Faktem jest, że zainstalowałem Limbo i… zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Jej, jak ta gra jest dobrze zrobiona! Przepiękna, z doskonałym klimatem. Każdy dźwięk, obraz, postać, animacja, fabuła.. wszystko pasuje. Jak w najlepszych filmach Mela Gibsona. Gra okazała się wielkim sukcesem (na moim iPhonie) i wiele razy pozwoliła zapomnieć (się) na dłuższą chwilę o codziennych problemach.

Przygotowując się do tego wpisu, szukałem w internecie, co właściwie oznacza słowo „Limbo”. Odpowiedź znalazłem w serwisie Gry Online i nieco mnie ona zaskoczyła. Pasuje jednak jak ulał 🙂

Limbo: w teologii katolickiej otchłań, pustka, będąca częścią piekła, w której przebywają dusze osób zmarłych przed ukrzyżowaniem Jezusa i dzieci, które zmarły przed przyjęciem chrztu.

I niech zachętą do wypróbowania będzie dalsza część recenzji gry:

Uruchamiając po raz pierwszy Limbo, mniej więcej wiedziałem, czego się spodziewać, jednak nie byłem przygotowany na aż tak ciężki i brutalny klimat gry. Czarno-biała tonacja, pulsująca czerń w rogach ekranu, niczym na podniszczonej taśmie celuloidowej, rozmyte plany, czarna postać dziecka z odcinającą się od reszty ciała bielą oczu, niemal całkowity brak muzyki. Jedynie ciemny las i wydobywające się z głośników ambientowe dźwięki. Żadnego wprowadzenia, żadnego wyjaśnienia przyczyn znalezienia się w tym nieprzyjaznym i nieprzyjemnym miejscu. Po prostu jestem.

Powyższy opis bardzo dobrze oddaje klimat całej gry. A ja uzupełnię go jeszcze trailerem:

Musisz sprawdzić Limbo! I koniecznie napisz mi w komentarzach o swoich wrażeniach.

 

 

PLAYDEAD’s Inside

Nie wiem jaki mechanizm zadziałał na mnie w momencie, gdy instalowałem Limbo, ale bardzo podobna rzecz stała wiele miesięcy póżniej, gdy instalowałem Inside. Jakie było moje zdziwienie, gdy zorientowałem się (po dłuższej chwili), że mam do czynienia z grą firmy Playdead – czyli tej samej, która wcześniej zrobiła Limbo!

Na 10 trylionów gier w App Store, zainstalowałem drugą z nich.

W tym przypadku istotny był jeszcze jeden element: marzyłem, by znaleźć grę tak dobrą jak Limbo. Z podobnym klimatem, jakością wykonania, muzyką, fabułą… I w jakiś dziwny sposób udało się. Przypadek? Chyba nie. Playdead’s Inside pod wieloma względami jest podobna do Limbo. Z pewnością tak samo zachwyca, trzyma w napięciu i zaskakuje. Zadania przed jakimi staje główny bohater są ciekawe i nie zawsze oczywiste. Gra wymaga uwagi, refleksu a często i sprytu. Po skończeniu całej gry czułem jeszcze większy niedosyt niż po Limbo.

W Inside przenosimy się do świata, który przywodzi na myśl sceny opisane w „1984” lub innych dystopijnych tytułach. Widzimy więc szare, wysokie budowle, żołnierzy strzelających do bezbronnych cywilów, a także ogromne obiekty przemysłowe. Nie oznacza to jednak, że duńscy deweloperzy zrezygnowali z elementów fantastycznych. Te są obecne i świetnie wpisują się w klimat gry.

To początek recenzji Jacka Zięby z MyApple. Jeżeli polubiłeś Limbo, z pewnością tak jak ja zakochasz się w Inside.

Duńska firma Playdead już dawno dołączyła do grona tych, na których nowe produkty czekam z niecierpliwością. Na chwilę obecną, gra nie jest niestety dostępna dla smartfonów z Androidem. Jeżeli jednak jesteś posiadaczem iPhona – do dzieła!

 

 

Memorando

Kolejna pozycja na mojej liście jest totalnie inna od wcześniejszych dwóch. Nie ma fabuły, mrocznych postaci, pięknych scenerii, czy nastrojowej muzyki. Ma za to przesłanie od autorów: „Sprawny umysł zapewnia lepsze życie”.

Memorando – nie jest typową grą, ale zestawem wielu krótkich gier, które pomogą nie tylko się odprężyć, ale również poprawić funkcjonowanie Twojego mózgu. Memorando to zestaw gier do treningu umysłu. Znajdziesz tu szereg prostych (hmm… nie zawsze takich prostych) zadań, które mogą zarówno postawić Cię na nogi, jak i pozbyć się nadmiaru stresu po ciężkim dniu.

Przy pierwszym uruchomieniu, otrzymasz do wypełnienia krótki test. Ma on na celu ustalenie czego właściwie oczekujesz od aplikacji, które elementy funkcjonowania Twojego mózgu chciałbyś poprawić. Następnie aplikacja dobierze odpowiedni dla Ciebie indywidualny plan treningowy.

Gry są różne. Ale z pewnością każda z nich wymaga pewnego wysiłku umysłowego. Zaczynasz zawsze od poziomu łatwego, stopniowo przechodząc do coraz trudniejszych etapów. Dzięki temu z każdym dniem będziesz czuł wyraźny postęp. Zapamiętywanie stanie się łatwiejsze, a kojarzenie faktów szybsze.

Po wykonaniu dziennej dawki ćwiczeń, warto również wykonać, dostępne w aplikacji, ćwiczenie relaksacyjne. Dzięki temu Twój umysł odpocznie po wcześniejszych, wymagających wytężonej pracy, zadaniach.

Co jakiś czas otrzymasz możliwość wykonania tak zwanego Testu Umysłu. Dzięki niemu sprawdzisz jakie robisz postępy z aplikacją. Każdy kolejny wynik (punkty BQ) porównasz z wcześniejszym oraz poziomem przeciętnego użytkownika Memorando.

W aplikacji możesz zdefiniować swoje tygodniowe cele – liczbę dni w tygodniu, w których będziesz ćwiczyć umysł, oraz liczbę dni w których wysłuchasz relaksacyjnych sesji dźwiękowych.

Memorando oferuje bezpłatny oraz płatny dostęp. W wersji darmowej mamy do dyspozycji ograniczoną liczbę gier i funkcjonalności. Dla mnie – to w zupełności wystarcza. Jeżeli jednak uznasz, że chcesz więcej – Memorando jest bardzo przystępne cenowo w porównaniu do innych aplikacji tego typu.

Aplikacja dostępna jest w całości po Polsku, co znacznie ułatwia obsługę i rozwiązywanie dostępnych zadań.

  

 

Alto’s Adventure

Na koniec jeszcze jedna pozycja w mojej biblioteczce. Relaksująca, przepięknie wydana gra studia Snowman o przygodach pasterza-snowboardzisty – Alto’s Adventures.

Głównym jej atutem jest wspaniała oprawa graficzna i dźwiękowa. Gra sama w sobie nie jest ani bardzo wciągająca, ani angażująca (już słyszę sprzeciw wielu z Was), jednak efekty dźwiękowe i wizualne sprawiają, że często uruchamiam ją i odkładam telefon na bok – tylko po to, aby usłyszeć w słuchawkach przepiękną muzykę i odgłosy padającego deszczu czy śpiewu ptaków. Pod tym kątem Alto’s Adventures to prawdziwe arcydzieło. Gdy dołożę do tego cudowną grafikę – audiowizualna perełka.

Gra ma bardzo proste zasady. Alto jest pasterzem, który na desce snowboardowej podąża przez góry w poszukiwaniu swoich lam. Musi jedynie przeskakiwać napotkane po drodze przeszkody. To tyle jeżeli chodzi o fabułę 🙂

Mamy do dyspozycji dwa tryby: normalny i ZEN. Pierwszy z nich polega na pokonaniu jak najdłuższej trasy, osiąganiu kolejnych poziomów poprzez wykonywanie zadań i zebraniu określonej liczby lam. Gdy Alto się przewróci – gra się kończy. I gdyby twórcy udostępnili tylko ten jeden tryb – Alto’s Adventures z pewnością zniknęła by z mojego iPhona już po pierwszych pięciu minutach od uruchomienia. Na szczęście dostępny jest również wariant ZEN, czyli trym relaksacyjny. Nie ma tu ani poziomów, ani zadań, a Alto po przewróceniu się, wstaje i jedzie dalej. Wyłączony został element rywalizacji – pozostała niekończąca się przyjemność, przepiękna muzyka i nastrojowe krajobrazy.

Do obsługi gry wystarczy jeden palec – poprzez dotknięcie ekranu sprawiamy, że Alto podskakuje i pokonuje w ten sposób przeszkody albo wykonuje akrobacje.

Sam zobacz:

Przepiękne obrazy i wspaniała muzyka – te dwa elementy sprawiły, że Alto’s Adventures trafił i (co ważniejsze) pozostał w moim iPhonie na stałe. Polecam Wam spróbować.

 

 

To tyle na dziś. Cztery pozycje w kategorii gry, które często pomagają mi pokonać codzienne problemy i stres. Pozwalają odprężyć się i zrelaksować. Mam nadzieję, że pomogą i Tobie. A może zechcesz dołożyć do mojej listy jeszcze jedną grę? Pole „komentarze” czeka właśnie na Ciebie 🙂 Zachęcam Cię również abyś dopisał się do mojej listy na którą wysyłam newsletter. Dzięki temu pozostaniemy w kontakcie!

Jak skutecznie ograniczyć wydatki żyjąc w wielkim mieście

Jak skutecznie ograniczyć wydatki żyjąc w wielkim mieście

Życie w wielkim mieście, takim jak Warszawa czy Kraków, to często jedna wielka, droga impreza. Różnica w kosztach życia pomiędzy małymi, średnimi i dużymi miastami jest ogromna. Poczynając od najmu mieszkania, gdzie ceny za 50 m2 będą wahać się od 1600 zł – w Poznaniu, Łódzi, 2000 zł – w Krakowie, Wrocławiu i Gdańsku aż do 2800 zł w Warszawie. Do tego dochodzą koszty eksploatacyjne… i szereg innych, codziennych wydatków. Obiad, samochód, popołudniowe ciastko w kawiarni, wieczorny wypad na piwo poprzedzony oczywiście zakupami w galerii handlowej. Brzmi znajomo? Mam nadzieję, że nie 🙂 Żyjąc w dużym mieście łatwo stracić kontrolę nad wydatkami. Warto więc za wczasu zając się ograniczeniem kosztów takiego życia, aby w przyszłości nie odbiło się to czkawką.

Jak więc obciąć koszty żyjąc w wielkim mieście?

Szukając w internecie odpowiedzi na to pytanie, trafiam na artykuł Allie w Dumb Little Man:

The first step is to break down your budget and track your spending. Services like Mint and Acorns provide easy ways to track your spending and save. Planning your budget can help you build up an emergency fund and save for long-term goals like home ownership.

Spisywanie, kategoryzowanie i planowanie wydatków jest pierwszym krokiem. Jak to robić skutecznie, możesz dowiedzieć się na przykład z blogów Michała Szafrańskiego (polecam cykl Zaplanuj budżet domowy) albo Marcina Iwucia (podobny cykl – Budżet domowy krok po kroku). Ja do śledzenia i planowania wydatków używam aplikacji Money Pro (iOS) – prostą w obsłudze, bardzo ładnie wykonaną i niezwykle skuteczną aplikację dostępną na iOS, MAC i smartfony z Androidem. Jeżeli jej nie znasz, a zechcesz sprawdzić, polecam bezpłatną wersję próbną. Mogę również polecić aplikację Money Wiz – której używałem wcześniej a jest tak samo skuteczna, z nawet większą ilością funkcji niż Money Pro, tylko trochę mniej przyjemnym wyglądem. Dużym plusem obydwóch aplikacji jest to, że zostały przetłumaczone na język Polski.

Wracam jednak do głównego tematu. Allie, autorka artykułu w Dumb Little Men, podsuwa kilka fajnych wskazówek na to jak obniżyć koszty życia w wielkim mieście:

  • Znajdź odpowiednie mieszkanie – ekonomiczne, tanie w utrzymaniu, w „rozsądnej dzielnicy”. Jeżeli nie masz jeszcze swojego własnego lokum i mieszkanie wynajmujesz – warto abyś usiadł i przeanalizował, czy wybrałeś najlepszą z możliwych opcji. Może warto rozejrzeć się za czymś innym? Na przykład trochę dalej od centrum, ale w rozsądniejszej cenie?
  • Kupuj na rynku wtórnym – odwiedzaj sklepy z używanymi rzeczami, z tak zwanej drugiej ręki, lombardy, ale również serwisy aukcyjne jak Allegro – są pełne fajnych i wartościowych przedmiotów, często w bardzo atrakcyjnych cenach.
  • Korzystaj z transportu publicznego – to pozwoli Ci zaoszczędzić nie tylko pieniądze, ale i mnóstwo czasu oraz nerwów. Pamiętam gdy prawie każdego dnia marnowałem kilkadziesiąt minut na znalezienie miejsca do zaparkowania w centrum Warszawy. Okropne czasy. Dziś – staram się korzystać tylko z komunikacji miejskiej a gdy tylko mogę – z miejskich rowerów. To zdecydowanie mój ulubiony środek transportu po Warszawie 🙂
  • Ogranicz jedzenie poza domem – jedzenie „na mieście” nie należy do najtańszych opcji. Warto nauczyć się gotować i przygotowywał posiłki w domu. Dzięki temu nie tylko oszczędzisz pieniądze, ale będziesz wiedział co jesz – w restauracji czy ulicznym barku nie zawsze otrzymasz jedzenie takiej jakości, jakiej byś sobie życzył.
  • Minimalizuj wydatki, maksymalizując rozrywkę – np. zamieniając drogą telewizję cyfrową na jedną z tańszych subskrypcji wideo. Możesz też korzystać z bezpłatnej naziemnej telewizji cyfrowej, która w połączeniu z YouTubem da Ci nieograniczoną chyba dawkę rozrywki. Podobnych możliwości do zamiany znajdziesz w okół siebie wiele.

Tyle rad od Allie. Myślę, że skoro zasady te są skuteczne w Nowym Jorku, Los Angeles czy Salt Lake City (mieście autorki), sprawdzą się i w naszych mniejszych metropoliach 🙂

Muszę jednak dodać jeszcze dwa, swoje, ważne punkty do powyższej listy:

  • Zamień zakupy w hipermarkecie na targ, bazarek i małe osiedlowe sklepy.
    Hipermarkety stały się codziennością – szczególnie, gdy mieszkasz w dużym mieście. Galerie handlowe, ogromne sklepy, alejki okazji, półki wypełnione towarami, które kupujemy skuszeni coraz to bardziej wymyślnymi promocjami. W efekcie idąc do „sklepu” po kilogram cukru, wracamy do domu z pełnymi torbami zakupów. A i często w tych torbach nie ma tego cukru, po który do sklepu się wybraliśmy. Rewelacyjnie ilustruje to jeden z odcinków „Pamiętników Florki” – bajki, którą oglądałem kiedyś z córką. Musisz to obejrzeć! W bardzo prosty sposób ilustruje jak działają hipermarkety 🙂
  • Wydawaj tylko zaplanowane wcześniej pieniądze. Budżetuj wydatki. Ta zasada pozwoli Ci zapanować nad finansami – i przyda Ci się niezależnie od tego, czy żyjesz w dużym czy małym mieście. Analizując poniesione wcześniej koszty, możesz sporządzić listę potrzeb i zaplanować przyszłe wydatki. Dzięki temu do sklepu po zakupy pójdziesz nie tylko z konkretną listą zakupów, ale również z wyliczoną na ten cel kwotą.

Życie w wielkim mieście nie należy do tanich. Jednak trzymając się powyższych zasad i (chyba przede wszystkim) kierując rozsądkiem – będziesz w stanie ograniczyć niepotrzebne wydatki tak, aby żyć bardziej ekonomicznie.

Chcesz dopisać kolejną radę na ograniczenie kosztów życia w wielkim mieście? Zachęcam do komentowania 🙂

Zapisz się, aby otrzymywać mój newsletter

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.

Pin It on Pinterest