Dzieci w szkole dzielą się na dwie grupy: takie, które ładnie piszą i… te drugie. Ja niestety należałem do grupy gorszej – bazgrałem jak kura pazurem – tak mówili nauczyciele i oczywiście mieli rację. Moje zeszyty wyglądały tragicznie, pamiętam to dobrze. Czasem ciężko było mi odczytać własne notatki. Jak się pewnie domyślasz, pisanie nie należało więc do moich ulubionych zajęć. Pamiętam, że w późniejszych klasach, gdy tylko mogłem, rezygnowałem całkowicie z prowadzenia zeszytu. Moje trudne do odczytania zapiski i tak nie były zbyt wielką pomocą w nauce. Problemów miałem przez to co nie miara.

Gdy kilka lat po skończeniu „podstawówki” porządkowałem zalegające na strychu domu moich rodziców rzeczy, trafiłem na karton z czasów szkoły. Miło było przypomnieć sobie stare czasy, choć widok kilku pomazanych zeszytów, nie napawał zbyt wielką dumą. Przeglądając je dokładniej, zauważyłem jednak pewną regułę. Każdy z moich zeszytów miał starannie zapisane pierwsze kilka stron, a dopiero od pewnego momentu zaczynała się totalna tragedia. Część „ładną” kończyło zawsze jakieś jedno błędne, przekreślone słowo. Nie było to jednak zwykłe skreślenie, ale cała masa różnego rodzaju zamazań, które czasem prowadziły nawet do dziurki po drugiej stronie kartki – zupełnie jakbym chciał się wyżyć na popełnionym błędzie za to, że zniszczył mi zeszyt w którym starałem się do tej pory ładnie pisać… Dalej widocznie nie widziałem już sensu ładnego pisania i w zeszycie panowała wyłącznie wolna amerykanka.

Wynika więc z tego, że potrafiłem przyłożyć się do starannego pisania, a problem leżał zupełnie gdzie indziej. Pisałem ładnie, do pierwszego błędu. Uznałem widocznie, już jako mały chłopak, że jeden mały błąd przekreśla wszystko i nie warto się dalej starać. Nie wiem skąd takie myślenie u dziecka – presja nauczycieli? Chęć zaspokojenia oczekiwań rodziców? Wpływ otoczenia? Innych dzieci ze szkoły? Nie mam pojęcia… Ale efekt był taki, że po skończeniu szkoły nie tylko nie miałem ani jednego ładnego zeszytu, przydatnych notatek, ale również nie wykształciłem w sobie nawyku starannego pisania. Tak działa tez cały system oceniania w szkole, jedna zła ocena może mieć negatywny wpływ na cały semestr. Jedynka z kartkówki często bywa ogromnym przeżyciem dla dziecka.

Dzisiaj widzę wady systemu i błędy jakie przez niego popełniłem – a właściwie szkody jakie powoduje. Presja otoczenia wykształciła we mnie potrzebę bycia zawsze doskonałym. Nie przyzwalała na błędy – a to prowadziło do moich porażek.

Wspominam problem z zeszytami i nauką pisania, ale wiem że sprawa jest o wiele głębsza i dotyczy nie jednego, konkretnego problemu, ale całej filozofii życia jakie od małego wpaja nam otocznie. Prawda jest taka, że to właśnie dzięki błędom uczymy się czegoś nowego i w żadnym wypadku nie powinny one powodować, że czujemy się źle i odpuszczamy. Moment w którym zrozumiałem jak wiele szkody może wyrządzić destrukcyjne pragnienie bycia doskonałym był dla mnie niezwykle ważny i przełomowy.

Przez wiele lat nie potrafiłem wstawać wcześnie rano. Od zawsze należałem do grupy ludzi, którzy nastawiają kilkanaście budzików a i tak nie potrafią się (d)obudzić. Całkiem niedawno postanowiłem to zmienić, zdecydowałem się zostać super-wczesnym ptaszkiem. Było to dla mnie spore wyzwanie. Liczyłem się jednak z tym, że będą lepsze ale i gorsze dni. Wiedziałem, że raz obudzę się o 5, 6 czy 7 a innym razem zaśpię aż do 9. Od samego początku byłem gotowy na drobne niepowodzenia.

Dzięki takiemu nastawieniu, pomimo małych potknięć, łatwo było mi powrócić do nawyku który starałem się wykształcić. Było to bardzo istotne założenie, które wielokrotnie dodawało mi sił – a wiele razy mogłem zrezygnować, uznać że nie uda mi się wykształcić rannego wstawania. Podobnie było, gdy postanowiłem rzucić palenie, zmienić dietę czy zacząć biegać. Jak myślisz, ile razy nie udało mi się wyjść na poranne bieganie? Ile razy nie dałem rady zrealizować swojego tygodniowego planu treningowego? Ba, ile razy nie udało mi się przebiec założonej odległości (choć trasy mam i tak dla mega-początkujących – bardzo krótkie). Pierwsze dni biegania były bardzo fajne, każdego dnia poprawiałem swój czas i zwiększałem dystans, pomagały emocje. Przyszedł jednak moment, w którym czas nie był lepszy niż poprzedniego a zmęczenie przychodziło coraz wcześniej… Czy miałem wtedy zrezygnować?

Każdemu zdarza się zaspać, rozchorować lub zwyczajnie mieć słabszy dzień. Nie istotne, czy chodzi o pracę, hobby czy obowiązki domowe. Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy idealni. I nie musimy być. A to właśnie chęć bycia zawsze i we wszystkim doskonałym sprawia, że nie udaje nam się wytrwać w naszych postanowieniach. Przechodzimy na dietę, męczymy się wiele dni a rezygnujemy po zjedzeniu kawałka tortu urodzinowego. Chęć bycia doskonałym jest często tak silna, że gdy tylko nie spełnimy w 100% naszych wymagań wobec siebie, poddajemy się i odpuszczamy.

nie

Nie powinno tak być. Droga do fajnego życia, to droga do zrozumienia siebie, swoich ograniczeń i słabości oraz pogodzenia się z nimi.

Jeżeli przygotujesz się psychicznie na drobne niepowodzenia, łatwiej będzie Ci poradzić sobie z nimi i szybko powrócić na właściwą drogę.
A jak wyglądają Twoje przemyślenia na temat popełnianych przez Ciebie błędów? Zgadzasz się ze mną w kwestii presji otoczenia i wpływu jaki na nas wywiera? A może pamiętasz swoją pierwszą jedynkę w szkole i stres z tym związany? Zapraszam do dyskusji.

Zapisz się, aby otrzymywać mój newsletter

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.

Pin It on Pinterest